Jak to z tym bieganiem było Część II
I Bieg Siedleckiego Jacka odbył się 4.06.2010 roku i był moim pierwszym biegiem ulicznym. Tak jak wspomniałem w części pierwszej, podczas odbierania numerów startowych poznałem Irka Szachnowskiego, który to w 2013 roku namówił mnie na pierwszy start w półmaratonie, ale o tym za chwilę, bo jeszcze mała wspominka o biegu Jacka. Do dziś pamiętam jak wykosiło mnie na 400 metrów przed metą. Mimo iż głowa mówiła - Biegnij Tomek, ludzie patrzą, to nogi nie w ząb nie chciały współpracować. Szedłem i patrzyłem z niedowierzaniem na mijających mnie biegaczy, myśląc o tym co trzeba zrobić, aby tak biegać.
Kolejne dwa lata jeździłem tylko na okoliczne dyszki. Grzmią pod Soczkiem Armaty i Bieg wokół Miedzyrzeckich jeziorek, Adamowska Dziesiątka i Bieg Avon w Garwolinie to jedne z pierwszych jakie przebiegłem i to właśnie tam poznałem pierwszych biegowych znajomych. W Garwolinie po raz pierwszy zobaczyłem na trasie kenijczyków. Trasa tego biegu była z nawrotką, wiec będąc na 4 km widziałem ich na 7. Do dzisiaj zapamiętałem te chyba chudsze odemnie postacie i ich białe zęby, które na zmęczeniu wydawały sie jakby za chwilę miały im powypadać. To był rok 2012 a ja z czasem 48 minut byłem dokładnie setny na mecie wśród 400 uczestników I pamietam ze bardzo byłem z tego dumny.
W 2013 roku wspomniany Irek (spakował mnie do worka, zawiózł do Warszawy, wypuścił i kazał biegać półmaraton 😆) . - tak to wspominamy po latach. Tak naprawdę pojechaliśmy pociągiem. Pamietam tą olbrzymią liczbę biegaczy przebierających sie na stacji Warszwa Stadion. Pamietam też olbrzymi mróz w trakcie biegu. Ponoć było - 13. Z tego biegu zapamiętałem żółtą koszulkę adidasa, która przez jakiś czas była moją ulubioną do biegania, oraz zamarźnięty makaron, w pojemniczkach styropianowych, który chcąc zjeść, trzeba było popić gorącą herbatą. Po 1.52 h biegu, byłem tak głodny, że było mi wszystko jedno.
No ale trzeba było spróbować, jak to jest 😉
Pewnej sierpniowej soboty, wzięłem syna Rafała i chrześniaka Julka na rowery, no i ruszyliśmy na wycieczkę, oni rowerami, ja na piechotę. Nie pamietam czy trasę mierzyłem już przy użyciu aplikacji endomondo, czy w inny sposób, ale pamietam że wyszło 32 km. I to nic że znowu był problem z chodzeniem na drugi dzień. Najważniejsza była euforia i chęć przebiegniecia maratonu.
29 września 2013 roku to data największej mojej klęski biegowej. To dzień w którym powiedziałem - ,, Nigdy Więcej''
Mój plan minimum na ten bieg to było 4 godziny. Policzyłem sobie na chłopski rozum, że jak pierwszą połówkę pobiegnę w dwie godziny to i drugą tak się uda. Jednak nie wiedziałem wtedy tego, że maraton to zupełnie inne bieganie i do biegania takich dystansów trzeba mieć przede wszystkim pokorę. Pierwsza połówka poszła w 1.48 i wszystko szło pięknie aż do 25 km. To właśnie na nim zakończyłem bieg. Nie , nie zeszłem z trasy. Po pierwsze dlatego, że nie wiedział bym jak wrócić na metę a po drugie wiedziałem, że mam 6 godzin limitu i nawet idąc sie wyrobię. I tak było. Lazłem sobie po Warszawie mijany przez kolejnych zawodników, zastanawiałem się czy moze jednak nie wsiąść w tramwaj i nie podjechać kawałek. Wszelkie próby biegnięcia kończyły się po 200 -300 metrach. Na mecie zameldowałem się z czasem 4.18. Nogi miałem tak zmasakrowane, że schody na stację stadion brałem z 3 odpoczynkami. Kiedy Aldonka odbierała mnie autem ze stacji, nogi musiałem sobie włożyć rękami, siedząc na fotelu. Wtedy to rzekłem - nigdy wiecej maratonów.Międzyczasy przypomniały jak to bardzo bolało 😆
No ale minął jakiś czas a że głowa nie pozwalała mi tego tak zostawić, postanowiłem jeszcze raz spróbować maratonu. Padło na maraton lubelski 2 maja 2014 roku. Jeszcze na koniec grudnia 2013 wynalazłem sobie na stronie Ruuners Woman plan treningowy na złamanie 4 godzin. Poczytałem co i jak i od stycznia ruszyłem w cykl 16 tygodni żmudnego treningu. Nie wiedziałem jak to bedzie, bo była to dla mnie nowość. Rozbiegania, podbiegi, tempa, zaczęłem spokojnie tego wszystkiego sie uczyć, po czym w połowie przygotowań dowiedziałem się że trasa maratonu lubelskiego jest jedną z najtrudniejszych w Polsce. 😵🤣
Nie zwątpiłem. Po 16 tygodniach pracy stanąłem na starcie maratonu lubelskiego. Postanowiłem wtedy po raz pierwszy spróbować biegania z pacemakerem. Obstawiłem czas 3.45. Właśnie wtedy poznałem najlepszego pacemakera na świecie Bogdana , na którym caly czas się wzoruję bedąc pacemakerem na biegach.
Całą trasę biegłem, tak jak bym był do niego przywiązany, a kiedy na 37 km po morderczym dwu kilometrowym podbiegu, Bodzio zaproponował, że jak ktoś ma siły to moze ruszyć szybciej - ruszyłem .


























































