piątek, 4 września 2026

Jak to z tym bieganiem było II

 Jak to z tym bieganiem było Część II



I Bieg Siedleckiego Jacka odbył się 4.06.2010  roku i był moim pierwszym biegiem ulicznym. Tak jak wspomniałem w części pierwszej, podczas odbierania numerów startowych poznałem Irka Szachnowskiego, który to w 2013 roku namówił mnie na pierwszy start w półmaratonie, ale o tym za chwilę, bo jeszcze mała wspominka o biegu Jacka. Do dziś pamiętam jak wykosiło mnie na 400 metrów przed metą. Mimo iż głowa mówiła - Biegnij Tomek, ludzie patrzą, to nogi nie w ząb nie chciały współpracować. Szedłem i patrzyłem z niedowierzaniem na mijających mnie biegaczy, myśląc o tym co trzeba zrobić, aby tak biegać.



Kolejne dwa lata jeździłem tylko na okoliczne dyszki. Grzmią pod Soczkiem Armaty i Bieg wokół Miedzyrzeckich jeziorek, Adamowska Dziesiątka i Bieg Avon w Garwolinie to jedne z pierwszych jakie przebiegłem i to właśnie tam poznałem pierwszych biegowych znajomych. W Garwolinie po raz pierwszy zobaczyłem na trasie kenijczyków. Trasa tego biegu była z nawrotką, wiec będąc na 4 km widziałem ich na 7. Do dzisiaj zapamiętałem te chyba chudsze odemnie postacie i ich białe zęby, które na zmęczeniu wydawały sie jakby za chwilę miały im powypadać. To był rok 2012 a ja z czasem 48 minut byłem dokładnie setny na mecie wśród 400 uczestników I pamietam ze bardzo byłem z tego dumny.
W 2013 roku wspomniany Irek (spakował mnie do worka, zawiózł do Warszawy,  wypuścił i kazał biegać półmaraton 😆) . - tak to wspominamy po latach. Tak naprawdę pojechaliśmy pociągiem. Pamietam tą olbrzymią liczbę biegaczy przebierających sie na stacji  Warszwa Stadion. Pamietam też olbrzymi mróz w trakcie biegu. Ponoć było - 13. Z tego biegu zapamiętałem żółtą koszulkę adidasa, która przez jakiś czas była moją ulubioną do biegania, oraz  zamarźnięty makaron, w pojemniczkach styropianowych,  który chcąc zjeść, trzeba było popić gorącą herbatą.  Po 1.52 h biegu, byłem tak głodny, że było mi wszystko jedno.



 Złapałem biegowego bakcyla i pomyślałem, skoro tak fajnie było na półmaratonie, to może pobiegnę i maraton warszawski we wrześniu?
No ale trzeba było spróbować, jak to jest 😉
Pewnej sierpniowej soboty, wzięłem syna Rafała i chrześniaka Julka na rowery, no i ruszyliśmy na wycieczkę, oni rowerami, ja na piechotę. Nie pamietam czy trasę mierzyłem już przy użyciu aplikacji endomondo, czy w inny sposób, ale pamietam że wyszło 32 km. I to nic że znowu był problem z chodzeniem na drugi dzień. Najważniejsza była euforia i chęć przebiegniecia maratonu.
29 września 2013 roku to data największej mojej klęski biegowej. To dzień w którym powiedziałem -  ,, Nigdy Więcej''
Mój plan minimum  na ten bieg to było 4 godziny. Policzyłem sobie na chłopski rozum, że jak pierwszą połówkę pobiegnę w dwie godziny to i drugą tak się uda. Jednak nie wiedziałem wtedy tego, że maraton to zupełnie inne bieganie i do biegania takich dystansów trzeba mieć przede wszystkim pokorę.  Pierwsza połówka poszła w 1.48 i wszystko szło pięknie aż do 25 km. To właśnie na nim zakończyłem bieg. Nie , nie zeszłem z trasy. Po pierwsze dlatego, że nie wiedział bym jak wrócić na metę a po drugie wiedziałem, że mam 6 godzin limitu i nawet idąc sie wyrobię. I tak było. Lazłem sobie po Warszawie mijany przez kolejnych zawodników, zastanawiałem się czy moze jednak nie wsiąść w tramwaj i nie podjechać kawałek.  Wszelkie próby biegnięcia kończyły się po 200 -300 metrach. Na mecie zameldowałem się z czasem 4.18. Nogi miałem tak zmasakrowane, że schody na stację stadion brałem z 3 odpoczynkami. Kiedy Aldonka odbierała mnie autem ze stacji, nogi musiałem sobie włożyć rękami, siedząc na fotelu. Wtedy to rzekłem - nigdy wiecej maratonów.

Międzyczasy przypomniały jak to bardzo bolało 😆


No ale minął jakiś czas a że głowa nie pozwalała mi tego tak zostawić, postanowiłem jeszcze raz spróbować maratonu.  Padło na maraton lubelski 2 maja 2014 roku. Jeszcze na koniec grudnia 2013 wynalazłem sobie na stronie Ruuners Woman plan treningowy na złamanie 4 godzin. Poczytałem co i jak i od stycznia ruszyłem w cykl 16 tygodni żmudnego treningu. Nie wiedziałem jak to bedzie, bo była to dla mnie nowość. Rozbiegania,  podbiegi, tempa, zaczęłem spokojnie tego wszystkiego sie uczyć, po czym w połowie przygotowań dowiedziałem się że trasa maratonu lubelskiego jest jedną z najtrudniejszych w Polsce. 😵🤣
Nie zwątpiłem. Po 16 tygodniach pracy stanąłem na starcie maratonu lubelskiego.  Postanowiłem wtedy po raz pierwszy spróbować biegania z pacemakerem. Obstawiłem czas 3.45. Właśnie wtedy poznałem najlepszego pacemakera na świecie Bogdana , na którym caly czas się wzoruję bedąc pacemakerem na biegach. 
Całą trasę biegłem, tak jak bym był do niego przywiązany, a kiedy na 37 km po morderczym dwu kilometrowym podbiegu,  Bodzio zaproponował, że jak ktoś ma siły to moze ruszyć szybciej - ruszyłem .



Czas na mecie to 3.42.30 i to właśnie w tej chwili zrozumiałem, że bez odpowiedniego treningu, nie bedzie dobrego biegania.
Miesiąc po tym maratonie wykorzystując to, że miałem mnóstwo zapasu w nogach, po raz pierwszy pobiegłem dychę poniżej 40 minut. I wtedy zaczęło się szybsze bieganie 😆

czwartek, 3 września 2026

Jak to z tym bieganiem było.

 JAK TO Z TYM BIEGANIEM BYŁO.


Jednym z pierwszych moich akcentów biegowych jakie pamietam w swoim życiu, była ucieczka przed ojcem, który ganiał mnie z witką wokół letniaka.  Nie pamietam co przeskrobałem. Miałem 10 a moze 12 lat. Biegaliśmy tak w kółko i w końcu tatko sie zmęczył. Usiadł na schodach i powiedział - Nie będę cię ganiał dalej,  sam przyjdziesz. Przyszedłem, ale jemu juz złość na mnie minęła i skończyło sie na srogim opierniczu 😉
W podstawówce nie biegałem. Byłem mały i chudy. Na zawody jeździli silniejsi i bardziej wysportowani. Za największy sukces sportowy w szkole podstawowej uważam obronienie karnego, którego strzelał gość, który nigdy nie pudłował i zaliczenie skoków przez skrzynie i kozła na czwórkę 😉

Kolejne bieganie było w wojsku na szkółce w Grudziądzu. Kiedy to po niewykonaniu strzelania kręciłem orbitki,  biegając wokół idacego plutonu w masce przeciwgazowej. 😆😆😆




Będąc kucharzem na wojskowej stołówce również biegałem, najczęściej z wielką chochlą od nalewania zupy. Oczywiście za karę. 5 lub 3 razy wokół budynku stołówki. Wszystko zależało od  humory chorążego - kierownika stołówki. Była to tradycyjna kara za nie umycie po swojej służbie gara po ziemniakach lub po zupie. Zdarzały się też biegi za nie umycie maszynki do mielenia mięsa. Najgorzej było jak postała ze dwa dni i trzeba było z nią biegać przy zapachu śmierdzącego mięsa 😆 No ale to juz było w moim przypadku chyba tylko raz.




W 2002 roku rozpoczęliśmy z Aldonką budowę domu. Stojąc na stropie czy też przy podawaniu zaprawy murarzowi, często widziałem biegającego,  znajomego sąsiada,  który był policjantem.  Juz wtedy często go pytałem ile przebiegł i w jakim czasie.
W 2006 roku, po prawie 10 latach mieszkania w Ujrzanowie,  sprowadzilismy się z rodziną a ja wróciłem -  do Skórca.  Dzieci zaczęły chodzić do tutejszej szkoły. Okazało sie, że uczył ich ten sam nauczyciel, który uczył i mnie. I tak za namową dzieci w 2009 roku po raz pierwszy wystartowałem w Biegu organizowanym przez Andrzeja w ramach akcji ,,Cała Polska Biega ''.
A co ? Ja nie dam rady przebiec 3 km ? - pomyślałem ..... no I nie dałem. Pamietam jak po przebiegnieciu 1.5 km ścięło mnie na tyle,
że dalszą część trasy pokonałem idąc.

W 2010 roku, wystarczająco wcześniej dowiedziałem sie od dzieci, że bieg odbędzie sie znowu. Kilka marszobiegów w kwietniu pozwoliło, wygrać niezbyt obleganą frekwencyjnie kategorie open 😉 I to juz był czas kiedy dowiedziałem sie o Biegu Siedleckiego Jacka.  I pomyślałem, że skoro juz troszkę biegam a bieg jest w ramach upamietnienia wizyty Jana Pawła II w Siedlcach, to ja sobie tam pobiegnę.




No oczywiście trzeba było jeszcze sprawdzić, czy dam radę przebiec te 10 km. Dystans wymierzyłem sobie maluchem. I to nic, że na drugi dzień nie dałem rady chodzić. Byłem gotów, aby przebiec I Bieg Jacka. Odbierając pakiet na bieg poznałem Irka Szachnowskiego, który jest moim wielkim przyjacielem po dziś dzień. To właśnie Irek namówił mnie na pierwsze starty. W Adamowie no i ten o którym zawsze opowiadam - debiut na dystansie półmaratonu w Warszawie. Ale o tym opowiem wam w drugiej części. 😉