piątek, 21 września 2018

Biegacz Pomagacz

Maćka poznałem kilka miesięcy temu. Wydał mi się niezwykle mądrym człowiekiem. Gdy poznałem go bliżej, to co mi się wydawało zostało potwierdzone. Praca z dziećmi chorymi na autyzm w fundacji ,, Żółty latawiec ''  , udział w przedsięwzięciach fundacji ,, Cegiełkowo - Pasja i Pomoc a na ścieżkach biegowych zawsze w koszulce  ,,Biegacze - Pmagacze ''. Przy okazji odbioru nakrętek i makulatury z przedszkola w którym pracuje mieliśmy okazję spotkać się i porozmawiać. Poprosiłem go o napisanie kilku słów o sobie o swojej pracy o bieganiu i o jego motywacji do działania. Jak sam przyznał motywują go ludzie pozytywnie nastawieni do świata. Niewątpliwie on jest też takim człowiekiem. Coś o motywacji na bardzo wysokim poziomie, z pod pióra nie wątpliwie mojego biegowego przyjaciela, Maćka Nurzyńskiego, specjalnie dla tych którzy od czasu do czasu zaglądają na bloga ,,w poszukiwaniu motywacji ,,
Zapraszam :)
Co mnie mo-ty-wu-je?
Życie… Życie jest piękne, i tylko oczy mętne, widzą, to życie wstrętne…
Życie, to przecież ludzie, praca z ludźmi i na rzecz ludzi. Motywuje mnie poczucie zmiany  i sprawczości. Wierzę że, mam choć niewielki wpływ na to, co dzieje się wokół mnie. Organizuję sobie pracę tak, by nie kojarzyła mi się z czymś niemiłym, nudnym pozbawionym sensu… Praca  w przedszkolu i Fundacji „Żółty Latawiec” oraz w Fundacji Cegiełkowo Pasja i Pomoc, to ciągłe poszukiwania… rozwiązań. Przy okazji pokazujemy, że można się zmienić, można np. zacząć biegać i pomagać innym, trzeba tylko zacząć od siebie. My sami, jesteśmy dla siebie najtrudniejszymi przeszkodami i przeciwnikami. Pod skrzydłami Cegiełkowa działa klub Biegacze Pomagacze, z tymi ludźmi, każdy trud, zwłaszcza ten maratoński, zdaje się być przygodą pełną emocji. W zderzeniu  z problemami naszych podopiecznych, sprawy każdego z nas stają się lekkie i proste do rozwiązania. Praca z osobami cierpiącymi na nieuleczalne choroby, jak w przypadku podopiecznych Cegiełkowa, czy z osobami z zaburzeniami rozwojowymi, jak to ma miejsce w Latawcu, pomaga mi mądrze spożytkować swój czas, i po przepracowanym dniu – powiedzieć sobie, to był dobry dzień. Z uśmiechem patrzę w przyszłość!
Bieganie pozwala uspokoić serce i odprężyć rozum. Wówczas, przychodzą nowe pomysły, cele i wyzwania…
Ja ciągle biegnę…
I tak naprawdę, to nie wiem,
 jak długo jeszcze…
Odganiam rękami wrogą przestrzeń
i robię miejsce.
Tunel, dla Ciebie może…
I czasem frunę prawie,
ponad chodnikiem, na trawie, odbijam się,
jak bym był pawiem,
ale to duma jest z tych co , biegną ze mną.
Pytasz o motywację...?
Mam cel.
Kto to i za czym tak gna?
Po życie nowe, po lepszy dzień,
biegnę,
dla nas, dla was,
i niby sam,
a ze wszystkimi,
nigdy ponad, raczej przy ciele i jaźni
zostaję w twojej wyobraźni.
Pobiegnij ze mną, przez myśli chmurę ciemną.
Dasz radę, wiem to na pewno.
Życie to droga, więc raz lewa, raz prawa noga, iść, upadać i wstawać, życie badać, wiesz co, trzeba temu życia sens nadać.
Te hasła wybrzmiewały w naszych tekstach i muzyce 15 lat temu i są aktualne po dziś dzień. Mam w sobie motywację, dzieląc się nią, tak naprawdę ją mnożę.
Życie jest piękne…https://www.youtube.com/watch?v=XI7xGSy3WOE



Maciej Nurzyński

poniedziałek, 17 września 2018

Piętnastka w Mielniku

Decyzję o starcie w imprezie biegowej Ultramaraton Nadbużański podjęłem kilka miesięcy temu. Wspierając akcję #biegamdobrze podczas półmaratonu warszawskiego,  wymyśliłem sobie że osoba która wpłaci największą kwotę na konto mojej zbiórki właśnie w ramach tej akcji, wybierze mi dystans na którym wystartuję w Mielniku. Do wyboru było 15 km pod nazwą szpurt, 30 km pod nazwą chazior i 50 km pod nazwą szmergiel. Po zakończeniu akcji okazało się że tą osobą jest Kasia Rybak która wpłaciła największą kwotę. Kaśka zdecydowała że dystans mogę sobie wybrać osobiście. Chęci straszne od samego początku były na pięćdziesiątkę. Po przebiegnieciu rzeźnka,  mój zapał zmalał do trzydziestki a kiedy  nie ustajacy ból w pachwinie i termin zakończenia zapisów zbliżały się coraz bardziej postanowiłem że wystartuję na dystansie 15 km. Biegałem sporo i w miarę mocno. Do Mielnika jechałem dobrze przygotowany. Niestety przebiegniety tydzień wcześniej półmaraton w  Wilnie nie nastrajał mnie zbyt optymistycznie. Miejsce w pierwszej 10, wypełnienie danej obietnicy i poczucie dobrze zrobionego treningu w wymagającym terenie były dla mnie celem  tej wyprawy.
Do Mielnika wybrałem się z małżonką i przyjacielem Pawłem już o 7 rano ponieważ musiałem dostarczyć bułeczki które docelowo były przeznaczone na punkty odżywcze tego biegu.
Po dostarczeniu bułeczek odebraliśmy pakiety i postanowiliśmy pójść obejrzeć start pięćdziesiątki i trzydziestki.
Robiąc rozgrzewkę spotykałem biegowych znajomych którzy pytali czy wygrywam dzisiaj. Nie liczyłem nawet na podium. Na Lini startu też sporo znajomych którzy ciepło mnie wspierali.
10,9,8 odliczanie i poszli. Pierwszy kilometr dosyć szybki,  zwycięzca szybko wysunął się na prowadzenie za nim ja i Sylwek który przedstawił mi się jako wice mistrz Europy. Skąd jesteś zapytałem,  z Łosic,  odpowiedział. Zapytał mnie jeszcze czy biegniem razem. Toć możem 😉 odpowiedziałem i tyle go widziałem 😂 . Drugi kilometr i kolejne to już walka na podbiegu. Nie sądziłem że aż tak będzie ciężko mimo to 3 pozycja motywowała mnie bardzo do tej walki i utrzymania tempa.Podbieg się nie kończył a asfaltowa droga zamieniła się w upeprany mazistą breją bruk. Jak się później dowiedziałem była to droga do kopalni kredy. Wszystko było białe do okoła. Drzewa krzaki, trawa i ten bruk. Odciski które nie dają mi spokoju od jakiegoś czasu dawały o sobie znać na  każdym kroku. Jest pod górkę,  będzie z górki myślałem cały czas. I było tyleż krótko i zaraz znowu pod górę. Troszkę radości w moją mękę wprowadził wspaniały fotograf, Darek S. Co tu robisz przyjacielu?  Zapytałem - Jabłek pilnuję - odparł bez namysłu 😁 Na 6 kilometrze usłyszałem muzykę. Czyżby to już półmetek. Muzyka była coraz bardziej wyraźna a kiedy zobaczyłem postać rapera wiedziałem że to już punkt kontrolny na połowie trasy. Raper zapodawał ... Leci Tomek leci   czy ciebie Tomku to ździwi że jesteś trzeci 😁  Skrzydła mnie uniosły. Kaśka i Adam derli się w niebo głosy,  dawaj Tomek !!  Dawaj!!  Zbieg z góry w krzaki i ... Euforia nie trwała długo wybił mnie z niej wspomniany wcześniej zawodnik z drugiej pozycji. A ty co tu robisz?  Zapytałem zabłądziłem. Jak to? Nie wiem . Po chwili zabłądziliśmy razem. Na całe szczęście za chwilę zobaczyliśmy w krzakach dróżkę i czerwone taśmy.. A to tędy trzeba było biec 🤨 powiedział Sylwek. Wkurzony na cały świat wspinałem się pod górę zastanawiając się co straciłem i ile osób nam uciekło . Po chwili wybieglismy na prostą i znowu mi uciekł. Znajomą biegaczkę zapytałem kto jest przed nią. Odpowiedziała mi że tylko Ania Szyszka i ten co ze mną biegł. Nie chciałem wierzyć w taką przewagę bo wiedziałem że nadrobiłem 1.5 km. Z tyłu nie było znowu nikogo. Zbieg w dolinę Bugu i już prościutko do Mielnika ... Polami,  łakami i na sporym wkurwie. Totalnie sam. Na 2 km przed metą znajomy fotograf uspokoił mnie że jestem 4. Czyli tylko Anka mi uciekła ale ona mogła 😉
Na mecie czekała na mnie żona, chyba zadowolona z tego że już jestem. Regionalne piwo serwowane na mecie niezby przypadło mi do gustu,  za to pyzy z mięsem i soczewicą to już mistrzostwo świata.
Szkoda że tego dnia miałem zaplanowane jeszcze inne sprawy bo impreza trwała ponoć do późnych godzin nocnych.
Wracałem z Mielnika z poczuciem dobrze wykonanego zadania. Obietnica wypełniona,  Trening pierwsza klasa no i miejsce w pierwszej dziesiątce 😉
Ultramaraton Nadbużański
Chazior 15 km  (16.5)
Skóra Tomek
1:04:10
Open 4
M-3

poniedziałek, 10 września 2018

Półmaraton Wilno

Nie dałem się długo prosić kiedy kilka tygodni temu mój biegowy kolega Łukasz, zaproponował mi wspólny wyjazd na półmaraton do Wilna. Po wycieczce na maraton do Aten tęskniłem za takim wyjazdem a Wilno to jak wiadomo prawdziwa perełka dla każdego turysty - podróżnika. Ostra Brama, Zarzecze, Kościół św Anny, Góra trzech krzyży,  Baszta Giedymina, zabytki  tego miasta można wymieniać w nieskończoność a to wszystko okraszone urokliwymi uliczkami, kamienicami i rzeką o nazwie Willia która przepływa przez to miasto. Plan na ten wyjazd był krótki, w piątek po 15 wyjazd, sobota zwiedzanie i odbiór pakietów (biuro zawodów umiejscowione w jednym z najważniejszych miejsc Wilna, placu katedralnym)
niedziela rano bieg i po obiedzie powrót. Trochę hardkorowo ale  cóż.  W trakcie załatwiania formalności dołączył do nas Paweł z małżonką i rodzice Łukasza,  postanowiliśmy więc jechać na dwa samochody. Mój plan na bieg  też był w miarę prosty,  czas poniżej 1.20 i miejsce w pierwszej dwudziestce.  Kiedy podczas sobotniego zwiedzania  Wilna zobaczyłem ukształtowanie terenu stwierdziłem że chyba ostro się przeliczyłem i ciężko będzie ten plan zrealizować. Obiecałem sobie pobiec swoje, jak zawsze,  a co wyjdzie to się zobaczy.  Start przewidziano na godz 9. Jako że do miejsca startu mieliśmy około 1.5 km postanowiliśmy zrobić sobie małą rozgrzewkę  biegnąc na start. Kilka rytmów, wizyta w toj toju i szybciutko do strefy czasowej ... A Tu!  niespodzianka 8.50 nie wpuszczają !  No plis to my jechali 500 km a oni nas nie chcą wpuścić? Boczkiem boczkiem i gdzieś tam Łukasz znalazł rozpiętą barierkę, oczywiście nie byliśmy sami. Szybka przepychanka do przodu,  hymn Litwy i odliczanie. Pierwsze kilometry ciasne jak to na dużych biegach i mimo tego że z górki ciężko było utrzymać jedną prędkość, ale po 3-4 zrobiło się luźniej  i w miarę płasko. Biegło mi się naprawdę dobrze a zegarek pokazywał 3.43- 3.48 . Pierwszy spory podbieg nie zrobił na mnie wrażenia ale poczułem lekką kolkę i zauważyłem że nie ma obok mnie Łukasza. Górka i z górki, wąskie parkowe alejki nawet miejscami szutrowe i mała agrafka tu ostatni raz widziałem Łukasza który miał mojego żela 😊. Kolejne kilometry po bulwarze nadrzecznym i wybieg na wał przeciwpowodziowy i na most. Z mostu na kolejną agrafkę był 13 kilometr a ja cieszyłem i delektowałem się asfaltem bo wiedziałem że wkrótce to się skończy. I tak było. Na 16 kilometrze spojrzałem na zegarek,  3.47 średnie tempo czas równiutko 1 godzina . MASAKRA. Kolejny podbieg... Dawaj Tomek! krzyczała gdzieś  w oddali żona..
No nie był bym sobą gdybym nie przypozował do zdjęcia 😉
Kamienna droga dawała nieźle w kość. Wybiegłem na chodnik był trochę równiejszy. Szybki zbieg i chamowanie bo ostry zakręt i znowu podbieg i zbieg 19 kilometr i walka o czas. Na ulicach praktycznie nieliczni kibice. Polska!  Krzyknęłem przebiegając koło grupki turystów. Zaczęli bić brawo. Ostatni kilometr  już po asfalcie ale nogi już nie niosły. Walka do końca i wielkie rozgoryczenie bo na zegarze który wisiał nad metą 1.20...... I tak samo na zegarku 1.20 .23  Spojrzałem do tyłu.... Gdzie jest Łukasz..? Napiłem się wody, odebrałem medal. Po trzech minutach  usłyszałem wrzawę. Komentator wymieniał nazwisko kobiety... Wysoka blondynka wbiegała na drugie okrążenie które było oddzielone dla zawodników biegnących tego dnia maraton. W dali ujrzałem niebieską koszulkę Łukasza. Dobrze że już jesteś powiedziałem. Opowiadając sobie swoje przeżycia z biegu poszliśmy wyglądać naszego Pawełka. Kiedy Łukasz zapytał mnie za ile on może być? Odpowiedziałem że nasz kolega jest na tyle nieprzewidywalny że możemy go się spodziewać na 1.40 a nawet na 2.10. 😉 Przybiegł na 1.54 zadowolony i niezbyt umęczony. No i dobrze bo czekała nas jeszcze długa droga do domu.

Półmaraton Wilno
Skóra Tomasz
1:20:20
Open-23 m-40 - 7
W biegu ukończyło 1730 osób.
P. S. Dziękujemy Dorotce za znalezienie bardzo dobrej bazy noclegowej i za pokazanie Wilna 😘

sobota, 1 września 2018

Sierpień 2018

330 km nabieganych  w sierpniu i 252 na rowerku  to chyba fajny  wynik.  Wszystko dzięki  systematycznym  treningom i szalonemu  pomysłowi  z urodzinowym  wyjazdem.
Miesiąc  ten rozpoczęłem  startem w Kodniu. Piękne bieganko  w trudnych warunkach i świetne 6 miejsce open.https://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2018/08/piekielna-pietnastka.html?m=1

 Zaraz po sobotnim  starcie  w Kodniu  postanowiłem  zaliczyć  ostatni  etap siedleckiej  ligi biegowej  i pobiec 1500 metrów.  Ciężko było  rozruszać  nogi  ale jakoś  poszło.  Niezbyt  imponujący  czas  tego  ostatniego  biegu pozwolił  jednak  ostatecznie  na zajęcie  trzeciego miejsca  open w ogólnym  podsumowaniu  tegorocznej odsłony  tejże  imprezy .
Kolejnym  trzeci sierpniowy  bieg  to 9 Bieg  Siedleckiego Jacka.  Tym razem  po raz trzeci  jako  pacemaker ,  a kto o tym  nie czytał  to zapraszam  tutaj: https://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2018/08/9-bieg-siedleckiego-jacka.html?m=1
222 km na rowerku  to urodzinowa  wycieczka  jaką  zafundowałem  sobie 14 sierpnia . O tym wyjeździe też  możecie poczytać  na bloguhttps://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2018/08/na-pomys-do-okoa-siedleckiego-wpadlismy.html?m=1
Plany,plany ,  plany  bo bez nich  nie ma motywacji.  Już  za tydzień  razem  z Łukaszem  K. i Pawłem  Cz. udajemy  się  do Wilna.  Osobiście  będzie  dla mnie  to 2 start  poza  granicami kraju  i mam nadzieję  że równie  udany  jak ten pierwszy  w Atenach. W sobotę  15 września  widzimy  się  na imprezie  Ultramaraton Nadbużański.  Była  chęć  na pięćdziesiątkę była chęć  na trzydziestkę, ostatecznie  kończy  się  na piętnastce. Mam nadzieję  że  nie  zarżnę się  w Wilnie  za bardzo i w Mielniku  będę   w  dobrej dyspozycji. Sierpień  zakończyłem  niezłym  hardkorem  w  pracy. 24 chleby ozdobne,  które  mam nadzieję  spodobają  się  odbiorcom  😊

wtorek, 28 sierpnia 2018

9 Bieg Siedleckiego Jacka

Kiedy  przychodzi  czas podsumowania biegu  zawsze przeżywam  go jeszcze raz. Kiedy przychodzi  czas oceny  tego co się  zrobiło, dobrze jest zrobić  mały  rachunek  sumienia. Bieg Jacka  od początku  jest dla mnie czymś  wyjątkowym. To  właśnie  na tym biegu zadebiutowałem  w biegach  ulicznych  na dystansie  10 km.  To właśnie w Siedlcach  po raz pierwszy  postanowiłem  po raz pierwszy spróbować . swoich  sił  jako pacemaker.  Przez 9 lat wszystko  dopasowywałem  tak aby wystartować  w tym biegu.  I powiem  szczerze  że nawet choćbym  miał  się  czołgać  to wystartuję  tu za rok po raz 10. Bez względu  na  formę  i stan zdrowia.
W tym roku  po raz 3 miałem  przyjemność  poprowadzić  biegaczy jako pacemaker.  I mimo  tego że kierujący  zającami, Julek nie bardzo chciał  się  zgodzić  na moją  propozycję  poprowadzenia  na czas 1:30 : 00  to w końcu  się  udało.  Czy była  to dobra decyzja?  Czasami trzeba umieć  skrytykować  i siebie.  Już  przed startem  czułem  że nie będzie najlej. Wiedziałem  że  będę  musiał  w ten bieg włożyć  bardzo dużo pracy i zaangażowania.  Tempo przebiegnięcia  półmaratonu  w 1:30 to 4'16'' . To zdecydowanie  nie moje tempo  bo treningi  robię  w tempach  4'25 -4'30 BC1 i 4'05  BC2 , jednak już  na wiosnę  obiecałem  jednemu  z kolegów  że pomogę  mu powalczyć  o nową  życiówkę. Umowa to umowa.  Pogoda tego dnia sprzyjała.  Całotygodniowe  upały  odpuściły  i w dzień  startu  termometry  pokazywały  zaledwie  15 stopni Celsjusza. Kiedy pojawiłem  się  rano  w biurze  zawodów  baloniki  z napisem  1:30 już  na mnie czekały.
 Rozgrzewka  i czas na start. Jeszcze przed nim  kilka osób  dało  mi znać  że  będą  ze mną  biegły.  Wśród  nich  był  kolega  z Wegrowa, Piotrek  i to właśnie  on po kilku  kilometrach był  dla mnie największą  motywacją . Jednym  z największych  błędów  było  włączenie  zbyt  późno  zegarka  i to spowodowało10- 15 sekund opóźnienia. Jeszcze  na 5 kilometrze  było  nas około  10 . Tempo  ustaliliśmy  na 4'16 i w tych  granicach  staraliśmy  się trzymać. Niestety  w grupie trafiło  się  za dużo  gadeuszów i kiedy  za bardzo  rozwodziliśmy się  nad swoimi  historiami  nagle robiło  się 4'20 i trzeba było  wyrównywać.  Mimo to na pierwszym  okrążeniu  zameldowaliśmy  się  równiutko 45 minut. Na 14 kilometrze 2 chłopaków  ruszyło  mocno  do przodu ,  a my znowu  w gadkę . I znowu  4'24 . I znowu trzeba było  gonić.  Na 18 kilometrze  oznajmiłem że to koniec zabawy i gadania.
 Kolejne  kilometry  musimy pokonać  ze średnią prędkością 4'10 a jak ktoś  marzy  złamać  półtorej  godziny  to musi przycisnąć  do 4 . Chłopaki  nie mieli  ochoty . Walka jaką  zafundowałem  im tego dnia  była  piękna  i każdy  walczył  do końca . Być  może  niektórzy , tak jak ja marzyli  tego dnia  o złamaniu  magicznej  granicy  1:30 w półmaratonie, ale nie dali  po sobie  tego poznać.
Ja  też  nie  dałem  po sobie  poznać  że  nie byłem  zadowolony  z tego jak poprowadziłem  ten bieg. Myślę  jednak że jestem osobą  która  umie  wyciągać  wnioski  z popełnionych  błędów  i  że już  za 6 tygodni w Krakowie  po raz kolejny  dam z siebie  wszystko  w roli pacemakera.

niedziela, 19 sierpnia 2018

222 km do okoła powiatu

Na pomysł  obiechania do okoła  powiatu siedleckiego, wpadliśmy   z kolegą  Hubciem,   podczas jednej z  wycieczek rowerowych.  Wtedy  to rozmawiając  o tym liczyliśmy  taki wyjazd na dwa dni, z noclegiem  nad Bugiem. Pomiar  trasy  jaki przeprowadziłem  na mapach endomondo, wskazał  około 230 km.  Jakiś  czas  temu  pomyślałem  że mógłbym  to zrobić  w jeden  dzień. Mimo że  w tym roku znacznie  zaniedbałem  treningi  rowerowe  postanowiłem  spróbować.
 Na  dzień  wyprawy  wybrałem  14 sierpnia,  dzień  wolny  od pracy  (jak dla mnie) . Wyjazd  rowerowy  miał  być  prezentem  na  urodziny  dla siebie  samego i sprawdzeniem  swojej  silnej woli.  Jako że wiedziałem  że od czasu do czasu  będę  zjeżdzał  z dróg  asfaltowych  poprosiłem  kolegę  Janka  o to aby  pożyczył  mi swój  rower.  Wiedziałem  że jego sprzęt  jest niezawodny  i poradzi  sobie w każdych  warunkach.  O godz  7.15 żona wywiozła  mnie samochodem  do Domanic , na skraj  zarówno  powiatu  jak i województwa mazowieckiego.
O godz 8.30 ruszyłem  przed siebie, zaopatrzony  w 1 litr wody, koszulkę  na zmianę , recznik i  power  banka aby od czasu do czasu  podładować  telefon  i zegarek który  bo biegu  rzeźnika  wiedziałem  ze nie wytrzyma  więcej  niż 5-6 godzin.
Pierwszy  przystanek  i tak jakby  etap wiódł  do Seroczyna,  wzdłuż  południowej  granicy  powiatu. W Seroczynie  byłem  po niespełna  godzinie  jazdy. Chwila odpoczynku ,  sprawdzenie  mapy i obranie  kierunku.  Już  wcześniej  wiedziałem  że miejscami  będę  musiał  wyjechać  poza granice  powiatu  ze względu  na bezdroża. W okolicach  rzeki  Kostrzyń  dróg  które  się  po prostu  kończą  jest dużo.  Wybrałem  drogę  znaną, która przez kilka kilometrów  prowadziła  przez powiat  miński . Kolejnym punktem  do zdobycia  była  droga krajowa  nr 2 i miejscowość  Bojmie.  Tu zaplanowałem  dłuższy  postój  ze śniadaniem  i ładowaniem baterii  w zegarku który wskazywał 47 km. Kolejne kilometry  to  nieustanny  warkot  mijających  mnie tirów  i innych  samochodów. Po 10 kilometrach,w miejscowości  Polaki,   zjechałem z drogi krajowej nr 2 na południe .Kolejnym  punktem  do zaliczenia  był most na rzece  Liwiec  w miejscowości  Wólka  Proszewska.  Męczyn  i Skupie  to tutaj zostawiłem  bardzo dużo  energii.  Polne drogi  dały  mi się  we znaki. Temperatura  rosła  z godziny  na godzinę. Myślę  że to tutaj  właśnie  na 68 kilometrze  dopadł  mnie pierwszy  kryzys.  Mimo  wszystko  po dojechali do asfaltu  przeciełem trase węgrowską. Świniary,  Kowiesy,  Stany Małe i Duże  cały czas na pograniczu  powiatu . Patrykozy i Smuniew. Tu na chwilę  wjechałem  do powiatu  Sokołowskiego. Teraz już  kierunek Paprotnia.  100 km na zegarku. Drugie  ładowanie  baterii.  I tych  moich  i tych  w zegarku.  Wysokokaloryczny  posiłek  na trawie  pod sklepem  i dalej w drogę. Tym razem  na Korczew i Mogielnicę. Na tym  odcinku  spotkałem ojca z dwójką  dzieci. Po krótkiej  rozmowie  dowiedziałem się  że jadą  do Białowieży  . Trochę  się  zagapiłem, z tylu za moimi plecami pojawiła się chmura i nie wiem kiedy  przejechałem  drogę  . Mimo  wszystko  do Mogielnicy  dojechałem.  Kolejna szutrówka. To już  tereny  nadrzeczne. Dojeżdżając do miejscowości  Bużyska  widziałem już  piękne  budowle po drugiej  stronie  rzeki  Bug.  To miasto  Drohiczyn.
  Kolejna chmura  i kilka kropel deszczu przyniosły  ochłodzenie. Nie znaczne  ale odczuwalne. Wyjeżdżając  na asfalt w miejscowości  Góry  stwierdziłem  że jak na razie dosyć  mam przełajówka i kolejną  część  trasy muszę  jechać  asfaltem. Drażniew,  Hruszew, Łysów  i Niemojki.  Do trzech razy sztuka tak sobie mówiłem  i wiedziałem  że kolejna chmura  burzowa  mi już  nie odpuści.  Tak było . Przymusowy  przystanek  w miejscowości  Zakrze.   Deszcz  luną  z nieba a ja czekałem co będzie  dalej  na przystanku  autobusowym.  Po 20 minutach  opady  ustały  do tego stopnia  że można było  jechać.   Bar z kebabem  który  napotkałem  po trasie był  idealnym  rozwiązaniem na to aby odpocząć,  zjeść  coś ,naładować  baterie  w zegarku  i postanowić  co dalej.   Ze względu na  duże  opady  deszczu  postanowiłem  że nie będę  szukał  bocznych  dróg  i kolejną  część  wyprawy  pokonam  główną  drogą  z Łosic  przez Olszankę  Do Krzeska.  Dojeżdżają do Krzeska  postanowiłem zjechać do dwóch  chyba najbardziej  wysunięty na wschód  w tej części  powiatu  miejscowości,  Wesółka  i Grochówka.
 Kolejny  etap  zaliczony  robiło  się już  późne popołudnie a ja wiedziałem  że już  teraz  nie mogę  się  poddać.  Kolejny  Kryzys dopadł  mnie na trasie  z Krzeska do Zbuczyna . W mordę  wind  nie dawał  spokoju  a kilometry  prawie nie ubywały. Kiedy  tuż przed zbuczynem  zjechałem  z trasy A2  cieszylem  się  że do celu zostało  nie więcej niż  40 km. Łęcznowola,  Januszówka,  Radomyśl i Gostchorz. To był  przedostatni  etap  wyprawy. W lesie  przed Gostchorzą  włączyłem  światła  w rowerze , dochodziła godz 20. Zjeżdzając  z trasy Łukowskiej w miejscowości  Tworki  zobaczyłem  znak ,  DOMANICE 10 .  To już  tylko pół  godzinki.  Zadzwoniłem  do żony po raz kolejny  informując  gdzie jestem.  Dochodziła 20.30 kiedy  dojechałem  do Domanic  a na tarczy zegarka  wyświtliły  się  222 km.  Zmęczony ale szczęśliwy  zapakowane rower do bagażnika ,  całując  żonę  w rękę.  Poczułem  że chyba  się  troszkę  o mnie martwiła.  Urodzinowe marzenie  spełnione. Jakie będzie kolejne to już  chyba większość  znajomych  wie.  Nie rozpowiadam  za dużo  bo nie chcę  zapeszyć.  Dziękuję  bardzo za wyrozumiałość  mojej żonie która pomogła mi w zorganizowaniu  tego wyjazdu. Dziękuję  Jasiowi  za pożyczenie roweru który okazał  się  niezawodny. Dziękuję  również  wszystkim  fejsbukowym znajomym, którzy tego dnia  wirtualnie jechali  ze mną, no  i jak to mówią,  do następnego razu 😄

wtorek, 7 sierpnia 2018

Piekielna piętnastka

Piekielna  piętnastka tak nazywają  bieg w Kodniu  zarówno organizatorzy  jak i biegacze którzy  przybywają  do Kodnia rok rocznie, w pierwszą  sobotę  sierpnia.
Osobiście  w Kodniu byłem 2 razy  w 2013 i w 2014 roku.  Ciężko mówić  o życiówkach robionych w lipcu lub sierpniu  bo zazwyczaj  warunki  pogodowe  w tym okresie nie są  sprzyjające  bieganiu  ale to właśnie Kodeńska piętnastka  czyli Bieg Sapiechów, posiada atest  PZLA  i to właśnie  tutaj można powalczyć  o życiówkę  na dystansie 15 km.
Na ten bieg udałem  się  z dwoma kolegami  którzy  również  postanowili  tego dnia zmierzyć się  z  upałem  i z dystansem 15 km oraz z mamą  która  Kodeń  odwiedziła  turystycznie.
Start biegu przewidziano  na godz 13. Osobiście  tego dnia nie pojechałem  się  ścigać,  pojechałem po prostu  na bieg.  Temperatura  sięgała 30 stopni a drobne chmurki  które  dawały  trochę  cienia  szybko przeganiał wiatr. Od samego początku  prowadzenie  obieło  trzech Ukraińców. Po dwóch  rundach  po Kodniu ,  wybiegliśmy  na drogę  do  Kopydłowa  gdzie miał  być  nawrót. Wybiegałem  z Kodnia wśród  4 biegaczy którzy  trzymali  równe tempo w okolicach 3'40'' Na 4 kilometrze  było  nas już  trzech  a policjant  na motorze  który prowadził  bieg  z minuty  na minutę  ginął  nam z oczu. Wraz z nim ginęła  prowadząca trójka. Kolejne kilometry  to walka z upałem  i patrzenie  w niebo,  które  dawało  coraz więcej  nadziei na deszcz.  Na nawrotce  zerwał  się  wiaterek  a że  pierwszą  część  trasy biegliśmy  pod, to teraz zrobiło  się  całkiem przyjemnie.  Na trasie zrobiło  się  tłoczno bo w jedną stronę  biegli  biegacze do nawrotki  a w drugą  my. Mnóstwo  prywatnych  osób  które stojąc  nawet w lesie  ratowali  nas przed odwodnieniem podajac kubki  z wodą. Na 11 kilometrze  na drogę  spadły  pierwsze krople deszczu. Och jak zrobiło  się fajnie. Kilka zdań  zmienionych  z towarzyszami  biegu  i za chwilę  lunęło.  Zauważyłem  że moje buty  straciły  przyczepność. To prawda  nigdy nie testowałem  ich w takich  warunkach.  W przeciągu  kilku  minut  byłem przemoczony do  tego stopnia  że  czułem  się  jak bym wyszedł  ze stawu . Do mety pozostało  2 kilometry,  obejrzałem  się  do tyłu. Już wtedy  wiedziałem  że wśród  czterdziestolatków nie mam sobie równego  na tym biegu . Każdy  zakręt  wymagał  odemnie silnego skupienia  bo buty  jeździły  jak na lodzie.  Towarzystwo  uciekło  o dobre sto metrów  mimo to starałem  się nie zwalniać. Na metę  wbiegałem jako 6 uczestnik pokonując  z uśmiechem  olbrzymią  kałużę  która powstała  w wyniku  ulewy.
Bieg  w Kodniu  to nie tylko kilometry.  Bieg w Kodniu  to pyszny  obiadek  oraz dla tych którzy  oczywiście chcą  coś  do  duchowego  przeżycia. Msza święta  specjalnie  dla biegaczy  oraz wspólna   modlitwa  przed biegiem to coś  czego nie spotkacie  na innych  biegach.  Osobiście  polecam  Kodeńską, piekielną  piętnastkę i przyznam się  że sam poważnie  będę  myślał  o  starcie  w przyszłorocznym  jubileuszowym XX biegu Sapiechów  w Kodniu.
XIX  Bieg Sapiechów
Kodeń 4 sierpnia  2018 - 15 km
Skóra Tomek
czas 56:59
miejsce  open 6
m 40 - 1