środa, 3 lipca 2019

Czerwiec 2019

Czerwiec rozpoczęłem sobotnim długim wybieganiem oraz niedzielnym finałem wiosennych biegów BGGB. Poniedziałek to już nowy tydzień który zapowiadał się bardzo pracowicie  Zainspirowany przez jednego z kawalerów orderu uśmiechu, pana Ryszarda Kiełka, postanowiłem zaangażować się w akcję cała Polska czyta dzieciom. A że akurat od 2 do 9 czerwca przypadał ogólnopolski tydzień czytania dzieciom można było swobodnie jeździć po szkołach i przedszkolach w ramach właśnie tej akcji. W ciągu pięciu dni udało się odwiedzić sześć miejsc. Finał tej akcji nastąpił w zaprzyjaźnionej szkole w Grali Dąbrowiźnie, gdzie razem z uczniami i nauczycielami zjedliśmy śniadanie na trawie a później oddaliśmy się czytaniu książek.
Jako że czytanie w dzień zabierało mi sporo czasu postanowiłem treningi przenieśc na godziny późno wieczorne czyli około 22 po pracy. I myślę że nie było w tym nic złego bo to właśnie do nocnego biegania trzeba było przygotować organizm.
9 czerwca odbył się bieg w lepszą stronę który to dzięki pomocy wielu osób udało się zorganizować na trasach BGGB. Bieg miał na celu integrację biegaczy oraz wychowanków MOW Wojnów dla których to na wiosnę zrobiłem akcję zbiórki koszulek. W biegu wystartowało 5 ośmio osobowych drużyn. Każda osoba z drużyny miała do pokonania kilometrową pętle i wszystko odbywało się na zasadzie sztafety.https://youtu.be/b9A4Zt2pbkQ
11 czerwca miałem kolejny odbiór nakrętek w ramach akcji #10tondlaAmelki. Jeszcze tego samego dnia wzięłem udział w Spartakiadzie integracyjnej organizowanej przez Skórzecki Zespół Szkolno Przedszkolny.
19 czerwca razem z Grupą Biegaczy Skórzec Biega gościliśmy wyjątkowego gościa. Odwiedziła nas medalistka mistrzostw Polski Paulina Pawłowska. Paulina poprowadziła tego dnia trening który wszystkim uczestnikom spotkania bardzo się podobał.
20 czerwca to już wyjazd do Cisnej a 21 w piątek o godz 20 wystartowałem na trasę I Nocnego Biegu Rzeźniczka.https://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2019/06/i-nocny-bieg-rzezniczka.html?m=1
Po powrocie z Rzeźniczka wszystkie działania skupiłem na organizacji Wielkiego Meczu Charytatywnego Gminy Skórzec. I znowu dzięki współpracy i wsparciu wielu osób mogę powiedzieć o sukcesie tego przedsięwzięcia. Prawie 10 tys. złotych zebranych tego dnia do puszek trafiło na konto pomocy dla Oli.
257 km trafia na licznik kilometrowy z tego miesiąca. Półrocze kończę z przebiegnietymi 1400 km. Trzeba się przyłożyć bo jak tak dalej pójdzie to ciężko będzie dobić do 3000 w tym roku 😉

niedziela, 23 czerwca 2019

I Nocny Bieg Rzeźniczka

To trzeba przyznać szczerze, gdyby nie pierwszy nocny Bieg Rzeźniczka nie miał bym motywacji do treningów wogóle. Świadomość tego że trzeba będzie przebiec w jakiś sposób 28 km po górach motywowała mnie do walki o każdy trening w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Dlaczego nocny? - pytali niektórzy - trochę dlatego że na dziennego strasznie ciężko się zapisać,  troszkę dlatego że Paweł tak zaproponował, a jeszcze inny powód to chęć poczucia atmosfery przejazdu Bieszczadzką kolejką na start do Solinki. Niektórzy ze znajomych żartobliwie popdpowiadali też, że po ostatnich rzeźnickich przygodach, to pewnie dlatego że za dnia nie chcę patrzeć na Bieszczadzkie szlaki 😉. Tak czy tak, w piątek 21 czerwca o godz 19 wsiadłem właśnie do tej wymarzonej kolejki, chociaż powiem szczerze sam przejazd mnie nie satysfakcjonuje, bo towarzysze wyprawy wydumali sobie podróż zamkniętym wagonem, a mi marzył się ten otwarty znaczy bez okien😉.
Po 30 minutowej podróży byliśmy na miejscu. Pozostało około 10 minut marszu i byliśmy już na starcie.
Kilka fotek, rozgrzewka, kilka słów od Mirka, dyrektora biegu i start. Niestety słynna dubeltówka nie wystrzeliła na starcie .. Coś się zacięło 😮 ale po paru próbach jak cześć Biegaczy była już na trasie nastąpił wystrzał. Założenie było proste, spokojny początek i bez napalania się na wynik. Cały dzień nie czułem się najlepiej i w myślach miałem nawet zejście z trasy w razie złego samopoczucia, dlatego ruszyłem bardzo spokojnie, w tempie robionych spokojnych wybiegań podczas treningów. Nawet tak spokojne tempo powodowało że przez pierwsze 3 km przesówałem się cały czas do przodu a na jednym z ostatnich zakrętów jeszcze przed lasem i górami wiedziałem że jestem w okolicach pierwszej dziesiątki. I tak biegałem sobie prawie sam do punktu w Roztokach czyli do 16 kilometra. Tuż przed tym punktem nawiazałem kontakt z biegaczem który biegł z tyłu. Ze wspomnianego punktu żywieniowego wybiegliśmy razem tam właśnie dowiedzieliśmy się że Biegniemy na 7 i 8 pozycji. Było mega dobrze. Spodziewałem się że od tej właśnie chwili będzie trudniej bo trzeba było odpalić latarkę i pokonać duże przewyższenie.Nie było źle  Kłopoty zaczęły się na górze. Mgła jak mleko i błoto pod nogami wymuszały silną koncentrację. Walka o każdy metr trasy i o każdy zauważony w ciemnościach odblask, który dawał wewnętrzny spokój chociaż na chwilę. Około 20 kilometra dogoniliśmy zawodnika z czołówki. Biegł ale z ogromnym bólem z tego co nam powiedział. Mgła nie odpuszczała. Cieszyłem się że mam z kim biec bo nawet zabłądzić we dwóch to raźniej 😉. Minęliśmy Okrąglik I po mału zaczynał się zbieg. Czym niżej tym mgła była mniejsza za to na trasie przybywało błota. Zbiegaliśmy bardzo zachowawczo. Powiedziałem do kolegi że jak ktoś będzie mocny na zabiegach to nas zje na tych ostatnich trzech kilometrach  Nie minęło kilka minut i mieliśmy towarzystwo. Pierwszy gnał jak wariat i szybko nas obleciał, dwóch trzymało bezpieczny odstęp. Ostatni kilometr i zbieg do strumyka. Strzałka którą zauważyłem jako ostatni i przejście między drzewami które dostrzegli zawodnicy którzy byli za mną 😔 Było ich trzech.  Niestety zmęczenie i to że przez całą drogę byłem skoncentrowany na maxa dało znać.nie miałem już siły na ściganie. Spojrzałem tylko do tyłu czy nikogo nie widać i w spokoju podreptałem ostatnie 300 metrów na metę. Przekraczając linnie mety usłyszałem że jestem 10. Sam nie wiem czy byłem bardziej zły za te ostatnie metry czy bardziej szczęśliwy z tego że udało się zająć tak dobre miejsce.
To 10 miejsce i czas 3 godziny 11 minut i42 sekundy dały mi drugą pozycję w kategorii wiekowej. Do domu wracam ze wspaniałą statuetką. Los w tym roku był bardzo przekorny i oprócz dobrego miejsca dał mi jeszcze prezent podczas losowania. Worek z rzeźnickimi gadżetami pomógł ukoić żal że mogło być lepiej 😉

I Nocny Bieg Rzeźniczka
Skóra Tomasz
Open 10
M- 40- 2

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Maj 2019

Kiedy nieubłaganie zbliża się dzień startu który być może będzie najważniejszy w ty roku (Rzeźniczek) nie pozostaje nic innego jak po prostu wziąć się do roboty. Jako że mniejsze obciążenia mój organizm zaczął tolerować postanowiliśmy z trenerem że to już ostatni moment kiedy można popracować nad objętością. A jak objętość to kilometry jak wiadomo dlatego ostatni dzień maja to długie wybieganie. 24 km z żoną na rowerku obok. Wyszło w miarę chociaż ostatnie 3 km to już męka ale nie ma co się dziwić jak do tej pory biegałem tylko do 20 km.
Maj rozpoczęłem treningiem nad Siedleckim zalewem i udało się tego dnia zebrać fajną szybką ekipę.
4 maja wystartowałem w mistrzostwach Polski w biegach  przełajowych Biegusiem pl. Po naprawdę dobrym biegu i mocnym finiszu zajęłem ostatecznie 4 miejsce jednocześnie wygrywając kategorię wiekową.
Nazajutrz razem z biegowymi przyjaciółmi wyruszyliśmy na drugi etap biegu wzdłuż rzeki Świdnica. A że kolegom było mało to postanowiliśmy przebiec Świdnicę jeszcze raz ale już nie na raty tylko na raz  Dokonaliśmy tego 12 maja a cały bieg (20 km) zajął nam 3 godziny.
W sobotę 18 maja odbyły się Skórzeckie Biegi Majowe których organizatorem było stowarzyszenie Sportowe Grupa Biegaczy Skórzec Biega. Tego dnia wcieliłem się w rolę konferansjera i zajęłem się powitaniem gości, startem i dekoracją Biegaczy.
Tego samego dnia odbyło się podsumowanie Siedleckiej ligi biegowej i tutaj już tylko pojechałem dopełnić formalności i odebrać puchar i nagrodę (znowu czwarte miejsce i 1 w kategorii 😉) z ciekawostek dodam że podium open przegrałem o 3 sekundy 😉
24 maja w piątek zostałem oficjalnie odznaczony orderem Uśmiechu który przyznano mi 9 marca br. To była wielka uroczystość.  Olbrzymi stres który towarzyszył mi podczas dekoracji spowodował że tak naprawdę nie wiele z niej zapamiętałem. Dobrze że znajomi nagrali filmy bo bym nawet nie wiedział jak to było. Wszystko odbyło się podczas XV Zlotu Szkół im kawalerów Orderu Uśmiechu w Grali Dąbrowiźnie.
Mnóstwo wspaniałych ludzi poznałem tego dnia i wiele ciekawych kontaktów udało się nawiązać. Wśród poznanych osób był
Ryszard Kiełek, kawaler orderu uśmiechu z 30 letnim stażem. To właśnie dzięki niemu zaangażowałem się w akcję cała Polska czyta dzieciom i to właśnie nią rozpoczynam czerwiec. Wśrod planów na najbliższy miesiąc obiecane chłopakom z Wojnowa, spotkanie biegowe. Właśnie to spotkanie odbędzie się w najbliższą sobotę 8 czerwca o godz 10 na leśnych terenach przylegających do rezerwatu Gołobórz.
Na 29 czerwca mamy już wstępnie zaplanowany razem z Grupą Biegaczy Skórzec Biega i klubem sportowym Naprzód Skórzec charytatywny mecz piłki nożnej z którego dochód zostanie przekazany na rehabilitację  mieszkanki naszej miejscowości. Co do biegania wspomniany już start na nocnym Rzeźniczku i jak zdrowie pozwoli Dycha na Jeleni Skok.
Miesiąc kończę z 252 przebiegnietymi kilometrami. Nie za mało nie za dużo lecz w sam raz aby robione kilometry cieszyły i pozwoliły utrzymać dyspozycję biegową 😉😁

wtorek, 30 kwietnia 2019

Kwiecień 2019

Chociaż w podsumowaniu marca pisałem o narastajacej niechęci do biegania to kwietniowe starty i ostatni trening w tym miesiącu pozwoliły z nadzieją spojrzeć na przyszłość mojego biegania. 2x2 km w tempie 3.44 i 2x1 km w tempie 3.30 to jest to czego było mi trzeba. Mimo że wiem że to wszystko za mało bo kilometraż kwietniowy to zaledwie 160 km, cieszy fakt że nogi coś tam pamiętają.
 Kwiecień rozpoczęłem startem na Charytatywnym Biegu dla Stasia w Węgrowie. Czuję że ludzie z Węgrowa bardzo mnie lubią bo to mój drugi start w tym mieście i drugie podium 😉 tym razem mogłem się wdrapać na ten najwyższy stopień 😉.
 W piątek 12 kwietnia odbył się finał akcji Koszulki dla MOW Wojnów. W tym miejscu chciałbym jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować pani Judycie za pomoc przy przekazaniu koszulek oraz chłopakom z ośrodka za ciepłe przyjęcie. https://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2019/04/koszulki-dla-mow-wojnow.html?m=1
 Sobota 13 kwietnia to trzeci start w Siedlcackiej Lidze Biegowej tak po prostu na zaliczenie bo to zdecydowanie nie był mój dzień a drugie miejsce z czasem 10.30 to po prostu przypadek.
 17 kwietnia ruszyliśmy z promocją koncertu dla Filipka który zaplanowany został na niedzielę 28 kwietnia.
 W przedświąteczną sobotę 20 kwietnia odbył się pierwszy z trzech zaplanowanych wiosennych biegów BGGB. I tym razem mimo że biegłem w pierwszej piątce to na koniec musiałem uznać wyższość rywali i zakończyć ten bieg właśnie na 5 miejscu. we wtorek 22  kwietnia na zaproszenie pani dyrektor odwiedziłem niepubliczną szkołę podstawową w Gołąbku. Moja wizyta była częścią obchodów Międzynarodowego dnia Ziemi. Po krótkiej prelekcji na temat segregowania odpadów razem z uczniami tej szkoły wyruszyliśmy na wielkie sprzątanie okolicznych ulic.
Kolejne dni to odbiory nakrętek, makulatury i przygotowywanie się do wspomnianego już koncertu dla Filipka. Mnóstwo wspaniałych ludzi odwiedziło tej niedzieli Wiśniew. Naprawdę nie jestem w stanie wymienić wszystkich którzy zaangażowali się do organizacji oraz tych którzy swoim groszem wsparli tą zbiórkę. Dzięki właśnie tym ludziom udało się uzbierać prawie 11 tys. złotych które wpłyną na subkonto Filipka w Fundacji Ultramaratonu Nadbużańskiego z którym od niedawna nawiązałem współpracę.
 Oprócz koncertu ten sam dzień był dniem startu pierwszego etapu Biegu Świdnica Trail. 8 osób razem ze mną wyruszyło tego dnia ku wielkiej przygodzie bo bieganie po mokradłach i zaroślach sięgających głowy tak właśnie można nazwać. Kolejny etap tej wyprawy już w niedzielę 5 maja o godz 9. Tym razem startujemy z Kotunia i Biegniemy do miejsca gdzie Świdnica wpada do Kostrzynia.

 W planach na maj wyjazd na mały bieg do miejscowości w której jeszcze nie biegałem oraz organizacja Skórzeckiego Biegu Majowego do udziału w którym serdeczne was zapraszam 😉
https://www.facebook.com/events/591571398023911/?ti=cl

czwartek, 18 kwietnia 2019

Koszulki dla MOW Wojnów

I tak szczerze mówiąc, długo zastanawiałem się czy pisać wogóle o akcji zbiórki koszulek na blogu, ale skoro blog ma być swojego rodzaju pamiętnikiem to szkoda by było pominąć w nim taką akcję. A nóż kiedyś ktoś tu trafi i pomyśli o zrobieniu takiej akcji wśród swoich znajomych. Pomysły mamy wszyscy, działać też możemy wszyscy i nikt nikomu nie zabroni a dobre rzeczy zawsze pozostawiają ślad w naszym życiu.
Biorąc udział w wielu treningach grupowych często słyszałem od znajomych biegaczy że mają nie używane koszulki z różnych biegów które często zajmują miejsce w szafie. Niektórzy nawet wspominali o tym że przydało by się zorganizować akcję i zebrać takowe koszulki. Jak to zawsze bywa od planów do czynów często jest bardzo duża odległość. Patrzyłem, obserwowałem i słuchałem bo nie chciałem aby ktoś pomyślał że ukradłem mu pomysł czy coś takiego.
Pewnego marcowego poranka wstałem rano, napisałem do Judyty, znajomej opiekunki  z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Wojnowie i po prostu zapytałem czy mogła by przyjąć nieużywane koszulki z biegów dla podopiecznych ośrodka w którym pracuje. Powiedziała że zapyta dyrektora i da znać. Po kilku minutach zadzwoniła do mnie  z informacją że dyrektor wyraził zgodę i poprosiła abym w skrócie opowiedział jej o szczegółach akcji. Następnym krokiem było utworzenie wydarzenia na fejsbuku i zaproszenie znajomych. Pierwsze koszulki zaczęły napływać do mnie już po dwóch dniach od rozpoczęcia akcji. Prawdziwym przełomem była wizyta na biegu Charytatywnym w Węgrowie. Mnóstwo znajomych wiedziało że właśnie tego dnia będę na tym biegu i  wprost zasypali mnie koszulkami.


Po dwóch tygodniach zbiórki ustaliliśmy z Judytą dzień przekazania koszulek. Do Wojnowa udałem się z małżonką która jak wiecie bardzo mnie wspiera w takich akcjach. Szczerze mówiąc nie wiedziałem czego spodziewać się że strony wychowanków. Obawiałem się troszeczkę o to jak mnie przyjmą i czy wogóle wzbudzę ich zainteresowanie  Moje obawy były bezpodstawne chłopaki słuchali z zaciekawieniem kiedy opowiadałem im o zbiórce koszulek o biegach z jakich pochodzą i o tym skąd wzięły się w moim życiu fascynacja bieganiem i pomaganiem.

Musiałem też obiecać że niedługo znowu się spotkamy oraz ze spróbuję dla nich coś jeszcze zorganizować.Mamy już nawet mały pomysł o którym na pewno napiszę niedługo.
Dziękuję serdecznie pani Judycie za zorganizowanie odbioru koszulek. Dziękuję serdecznie za ciepłe przyjęcie mnie w ośrodku, dziękuję bardzo gorąco wszystkim znajomym biegaczom którzy dostarczyli do mnie koszulki. Dzięki tej akcji udało się zebrać prawie 50 koszulek technicznych i bawełnianych. Cieszę się że tak wiele osób pozytywnie odniosło się do tej akcji. Dzięki wam chłopaki z MOW WOJNÓW będą mieli fajne koszulki do treningów i miejmy nadzieję że właśnie ta akcja zmotywuje ich do jakiejkolwiek aktywności.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Marzec 2019

To trzeba przyznać, co raz więcej znaków zapytania, co raz więcej niewiadomych. Mimo tego że marzec to najlepszy pod względem ilosci przebiegnietych kilometrów miesiąc w tym roku to pod koniec właśnie tego miesiąca znowu wszystko się posypało. Ciężko mi powiedzieć co dalej będzie. Cały czas wmawia sobie że wszystko się ułoży ale sam przestaję w to wierzyć. Może to naprawdę już czas aby odstawić bieganie na plan boczny. Od ponad dwóch lat robię wszystko aby pogodzić ciężkie treningi, rodzinę, pracę, obowiązki domowe, pomoganie innym. Mnóstwo z was pyta mnie skąd biorę na to czas a ja odpowiadam że nie wiem. Duża zasługa w tym wszystkim mojej żony. Która często pomaga mi w ogarnięciu wielu spraw i cierpliwie czeka na swoją kolej. A ja? Ja sobie cały czas tłumaczę. Jeszcze aby ten tydzień ... Jeszcze aby ten miesiąc. Tak czy tak wiem że wszystko zmierza do tego aby zakończyć przygodę z szybkim bieganiem. Może kiedyś uda się wrócić. Organizm w tej chwili mówi stop a ja? Nie potrafię. 😕
316 km przebiegłem w marcu.
Zrobiłem kilka fajnych treningów które dały mi prawdziwą motywację i radość. 2 starty podczas kolejnej edycji Siedleckiej ligi biegowej po których jestem w gronie kandydatów do podium. Może nie koniecznie w kategorii open bo na tej edycji pojawiło się kilku nowych naprawdę szybkich biegaczy takich chociażby jak Paweł Młodzikowski, ale myślę że w m 40 mogę coś ugrać. Miesiąc zakończyłem półmaratonem w Warszawie który po raz trzeci pobiegłem dla fundacji WCZEŚNIAK RODZICE-RODZICOM.
https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/7938 Tym razem udało się uzbierać 1000 zł.

Kolejne dwa ciekawe wpisy pojawiły się na blogu: Kobietą być i Chorąży. Ci którzy nie mieli okazji jeszcze ich przeczytać zachęcam serdecznie.
Marzec to ostatni miesiąc zbiórki makulatury dla Amelki. Ostatni ze względu na to że Amelka razem z rodzicami już 6 kwietnia wyjeżdżają do Stanów na operację. Mimo to akcja #10tondlaAmelki trwa nadal, nakrętki zbieramy cały czas. Oprócz akcji zbiórki nakrętek ruszyłem z akcją zbiórki podkoszulków z biegów dla podopiecznych MOW Wojnów. Koszulki możecie dostarczać do mnie do 12 kwietnia a więcej szczegółów uzyskacie tutaj. https://www.facebook.com/events/574472929724389/?ti=cl
W planach na kwiecień start w Węgrowie na biegu Charytatywnym dla Stasia już w najbliższą sobotę oraz koncert charytatywny którego będę współorganizatorem i o którym napiszę więcej już nie długo na fejsbukowej stronie #wposzukiwaniumotywacji. https://www.facebook.com/pg/Wposzukiwaniumotywacji/about/
Oczywiście zachęcam was do obserwowania tej strony bo to właśnie wasze komentarze są dla mnie olbrzymią motywacją do dalszego działania. Na koniec podsumowania medalowy dorobek z tego roku 😉 A co tam z czegoś trzeba się pocieszyć 😍

wtorek, 26 marca 2019

Chorąży

Chorążego Mirosza poznałem w styczniu 1996 roku, kiedy to zostałem skierowany do odbycia dalszej części służby wojskowej w jednostce wojskowej 2523 w Siedlcach. Szczupły wysportowany i zawsze w dobrym humorze. Przez rok czasu który spędziłem w Siedleckiej jednostce nie słyszałem aby ktoś źle wypowiedział się na jego temat.
Nasze  drogi ponownie zeszły się po 15 latach. II Bieg miedzyrzeckich jeziorek. Ja wtedy początkujący amator on zaprawiony w bojach biegacz. Z zaciekawieniem słuchałem jego opowieści o półmaratonie w Sobótce. Samo przebiegniecie półmaratonu było dla mnie wtedy kosmosem. Później jeszcze spotkaliśmy się na III biegu siedleckiego Jacka. Ja cały czas w okolicach 45 minut na dyche a on na luzie łamał 40 minut. I znowu nasz kontakt się urwał. Jak się później okazało podjął najcięższą walkę swojego życia. Walkę z nowotworem.
Zapraszam was do bardzo ciekawej lektury, która prawdopodobnie da wam dużo do myślenia. Co byście zrobili będąc na miejscu Roberta? Czy podjęli byście taką walkę jak on? Jak na razie to jedyne i niepowtarzalne świadectwo na moim blogu. O chorobie o walce oraz o olbrzymiej motywacji do tego aby wrócić 😍
Są takie momenty, że czujesz, że złapałaś wiatr w żagle. To nad czym się pracowało tak długo, zaczyna przynosić efekty. Wszystko zaczyna się układać coraz lepiej, kiedy nagle wali się Twój cały świat.
     W moim przypadku przełom roku 2012/2013 był bardzo udany. Zakup mieszkania, powrót do pracy w Siedlcach po rocznym pobycie w Zamościu, pokonanie pierwszego maratonu, dobrze przepracowany okres zimowy i obiecujące czasy na treningach. Po za tym szczęśliwa rodzina. Czego chcieć więcej? Początek 2013 roku to planowanie startów i przygotowań do nich. Główny cel pierwszy półmaraton Siedleckiego Jacka. Po intensywnych zimowych treningach z zapałem przystąpiłem do nowego sezonu biegowego. Dużo fajnych biegów: półmaraton w Wiązownej, półmaraton w Sobótce, Orlen Warsaw Maraton, wyniki lepsze niż rok wcześniej. Kolejne zawody i niestety pech, naderwany mięsień brzuchaty łydki. Mazowiecka Piętnastka już niestety jako kibic, następnie leczenie i duża mobilizacja na wylecznie kontuzji, bo koniec sierpnia przecież pierwsza edycja siedleckiego półmaratonu. Powrót do przygotowań do biegu postanowiłem zrobić dopiero od 1 sierpnia. Plan?  Na dobry wynik nie miałem co już liczyć, ale chciałem chociaż dobrze wypaść na biegu. Niestety po pierwszym tygodniu zaczęło się dziać coś niepokojącego. W czasie biegu dziwnie mi się oddychało, jakbym nie oddychał pełnymi płucami. Szybko się męczyłem. Tłumaczyłem to sobie wtedy zbyt intensywnym powrotem to treningów. Później pojawiły się powiększone węzły chłonne. Jestem osobą która szerokim łukiem mijała do tej pory lekarzy i z drobnymi dolegliwościami ich nie odwiedzałem, jednak wtedy jakby ktoś wziął mnie za rękę i zaprowadził do przychodni. A tu „pech”(tak mi się wtedy wydawało), moja lekarz rodzinna na urlopie. W rejestracji skierowano mnie do lekarza który tego dnia przyjmował w zastępstwie. Kolejka, oczekiwanie, wejście do gabinetu, wywiad lekarski i ….. podejrzenie jakiegoś chłoniaka. Jak się okazało lekarzem który mnie wtedy przyjął był onkolog. Pierwsze badania, prześwietlenia i niestety nie wyglądało to dobrze. Podwyższone OB, zalane płynem płuca i zlecenia na kolejne badania. Pierwsza reakcja? Zaprzeczenie pojawiającym się objawom i podejrzeniom (to nic groźnego, na pewno zaraz to przejdzie). Dużo tu zawdzięczam lekarzowi który mnie wtedy przyjął w przychodni. To ON wtedy uspokajał mnie, starał abym się nie denerwował, tłumaczył, że te objawy nie muszą oznaczać nowotworu, pokierował mnie gdzie i jak mam wykonać kolejne badania.
       Niestety później było już tylko gorzej. Coraz większe osłabienie, duszności, kłopoty ze snem. Po kolejnych badaniach i potwierdzeniu, że są to zmiany nowotworowe zostałem przyjęty na oddział onkologiczny w Siedlcach, a następnie skierowany na dalsze badania i leczenie do Centrum Onkologii w Warszawie. To tam w zasadzie dostałem pierwszy porządny strzał. Przyszła lekarz i powiedziała „Ma pan białaczkę. Jest to gorzej rokująca jej odmiana. Statystyki nie są po Pana stronie.” Moment, w którym człowiek dowiaduje się o chorobie nowotworowej to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakie można doznać w życiu. Pod znakiem zapytania stają wszystkie życiowe plany. Nastąpił szok, niedowierzanie, strach i pytania: skąd, dlaczego i co będzie dalej?  Pojawił się strach przed nieznanym leczeniem, któremu zostanę  poddany. W początkowym okresie człowiek bazuje głównie na tym, co słyszał wcześniej na temat przebiegu tragicznych historii o chorobach nowotworowych, a słowa białaczka, chemioterapia, przeszczep napawają lękiem i kojarzą się przede wszystkim z utratą włosów, męczącym leczeniem i śmiercią. Dotarło wtedy też do mnie, że to nie jest już jakaś zwykła infekcja, która po 2 tygodniach zniknie ale bardzo poważna choroba, która może pozbawić mnie życia. Po czasie przytłumienia i oswojeniu się ze swoim stanem zdrowia oraz rozmowach z moją lekarz prowadzącą, nadszedł czas na działanie. W głowie szumiały słowa: białaczka i statystyki nie są po Pana stronie, ale przypomniałem sobie wtedy jeszcze jedne słowa mojej lekarz, że: „ statystyki są po to żeby je łamać”. I tej opcji postanowiłem się trzymać. Postanowiłem dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, ustalić jakiś plan działania. Bo jak to mawiał wielki chiński strateg
Sun Tzu – „Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew”. Zacząłem szperać w internecie i szukać informacji o chorobie, a także jakiś opisów przeżyć ludzi którzy chorowali na nowotwory. Jednak ilu było chorych tyle było opinii. W czasie tych poszukiwań wpadła mi w ręce książka, która bardzo mnie zaciekawiła. Była to „Spowiedź heretyka” Adama Darskiego „Nergala”, lidera grupy Behemoth. Jak się okazało 3 lata wcześniej zachorował na tą samą odmianę białaczki co ja. Przebieg tej choroby opisał w jednym z rozdziałów tej książki. Powiem szczerze, że chłop ma swój świat i specyficzny sposób na życie, który nie wszystkim może odpowiadać, ale bardzo spodobało mi się jego podejście do choroby. W swojej książce opisał  jak przechodził tę chorobę, jakie efekty uboczne mogą się pojawić i jak on sobie z nimi radził. Pojawiła się wtedy iskra nadziei, że można z tego wyjść. Z tego co opisał starałem się wychwytywać te rzeczy które mi pasowały i odpowiadały. Książkę tą, a w zasadzie jej fragment opisujący chorobę, przeczytałem powtórnie po trzech latach od zakończenia leczenia. Okazało się, że ¾ opisanych przez Nergala przeżyć przeszedłem identycznie. Postanowiłem tak jak on, że jeżeli choroba zaatakowała mnie tak nagle i zdradziecko, to ja muszę odpłacić jej tym samym. Do opracowania planu działania zainspirowali mnie także moi towarzysze z wojskowych biegów, którzy odwiedzili mnie w pierwszych dniach pobytu w szpitalu. Pomyślałem, że skoro biegam, to czemu walki z nowotworem nie potraktować jak np. walki na trasie maratonu. Stwierdziłem, że jeżeli nie mogłem uczestniczyć w siedleckim półmaratonie postanowiłem rozpocząć inny bieg. Nazwałem go „Maratonem Życia”. Wszystkie dotychczasowe działania: wizyty u lekarzy, badania, zabiegi, potraktowałem jak pokonywanie pierwszych około 30 kilometrów. Następnie jak to nieraz bywa na maratonach nastąpiła ta słynna „ściana”.  Każdy kto biega maratony wie co to znaczy. Trzeba wtedy przełamać własne słabości, pokonać ten kryzys i rozpocząć walkę o dotarcie do mety. W moim przypadku tą „ścianą” była diagnoza BIAŁACZKA. Po przełamaniu kryzysu, rozpoczęła się walka z kolejnym etapem „biegu”. Niby to już tylko ¼ dystansu, ale niestety najcięższa. Były to kolejne dawki chemii po których człowiek czuł się jak na kacu gigancie(ból głowy, brak apetytu, osłabienie, nudności), ciało pokłute igłami, infekcje żył, czasami pojawiały się problemy z jamą ustną i przewodem pokarmowym, kiedy to jedzenie posiłków było straszną męczarnią. Straciłem także wszystkie włosy. Co pewien czas musiałem mieć robione punkcje(pobranie z kręgosłupa płynu mózgowo-rdzeniowego) oraz trepanobiopsje (pobranie fragmentu kości i szpiku kostnego). Traumatycznymi przeżyciami była śmierć osób z którymi leżało się na sali. Ciężko dochodziło się do siebie gdy z kimś jeszcze rano rozmawiałeś, a wieczorem już go nie było. Jedynym czasem wytchnienia były „przepustki” do domu, aby odbudować odporność organizmu i nabrać sił do dalszego leczenia.  I tak trwało to rok czasu. Dużo w tym okresie pomagała mi żona, cała moja rodzina i koledzy z pracy. To oni czuwali nad tym abym cały czas czuł się komfortowo i aby niczego mi nie brakowało. Nowotwór był sam, ja za sobą miałem całą armię ludzi. Dzięki temu czułem się silniejszy wiedząc, że ktoś troszczy się o mnie i o to aby wszystkie sprawy były załatwiane na czas, abym mógł skupić się tylko nad walką z chorobą. Okres mojej choroby był też czasem wielu sukcesów polskich sportowców m.in. Kamila Stocha, który rozpoczynał wtedy swoją wielką karierę, Justyny Kowalczyk która ze złamanym palcem zdobywała złoty olimpijski medal, czy chociażby polscy siatkarze, którzy po raz pierwszy zdobyli mistrzostwo świata. Nakręcało i motywowało mnie to do walki oraz umocniło w przekonaniu, że skoro oni mogą dokonywać takich rzeczy to czemu ja nie mogę wygrać z chorobą? Starałem odrzucać od siebie złe informacje, a szukać takich dzięki którym miałbym dobry humor, bo jak śpiewa Sylwia Grzeszczak „cieszmy się z małych rzeczy bo wzór na szczęście w nich zapisany jest”. Obserwując także przez okna biegaczy mówiłem sobie, że jeszcze też tak będę biegał. Wiele osób w szpitalu mówiło mi,
że to koniec mojej przygody z bieganiem, że teraz tylko relaks w fotelu, co najwyżej spacerek jednak takie teksty jeszcze bardziej motywowały mnie do walki i udowodnienia im wszystkim, że jeszcze będę biegał.
      No i dopiełem swego. W wakacje 2014 roku wyczytałem w internecie, że na początku września w Warszawie organizowany jest charytatywny bieg Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Mięsaki „SARCOMA” pod nazwą Onkobieg. Trasa tego biegu prowadziła wokół Centrum Onkologii, więc jak tu nie skorzystać z takiej okazji. I tak rok od rozpoczęcia leczenia,  dosłownie zszedłem ze szpitalnego łóżka i wystartowałem w swoim pierwszym po zdiagnozowaniu choroby biegu(oczywiście po konsultacji ze swoją lekarz i uzyskaniu od niej pozwolenia). Nie było to może tempo w jakim kiedyś biegałem, ani dystans porównywalny do maratonu (przetruchtałem ok 6 km) ale biegnąc czułem się szczęśliwy:
że żyję, że tu jestem z całą swoją rodziną, że biegnę, że znowu mogę poczuć tę atmosferę panującą na zawodach. Powtórnie postanowiłem pobiec miesiąc po zakończeniu chemioterapii, kiedy to dzięki Pawłowi z Adamowa mogłem wziąć udział i ukończyć Adamowską Dziesiątkę. Pozwoliło mi to na podbudowanie psychiki przed kolejnym etapem leczenia jakim miała być radioterapia i przeszczep szpiku. Z medycznego punktu nie miałem już komórek nowotworowych, jednak ze względu na mój rodzaj białaczki postanowiłem zrobić coś jeszcze aby lepiej zabezpieczyć się przed nawrotem choroby, bo jak mawiał marszałek Józef Piłsudski „Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska”. I tak trafiłem do Centrum Onkologii w Gliwicach, gdzie przeszedłem naświetlania i przeszczep szpiku.
       Od zakończenia leczenia minęły już 4 lata. Obecnie pozostaję pod kontrolą lekarzy z Warszawy i z Gliwic. Wróciłem do pracy i do biegania. Nie jest może takie bieganie jak przed chorobą, ale jest radość z powrotu do zdrowia. Czy dotarłem do mety swojego Maratonu Życia? I tak i nie. Zwykły bieg kończy się wraz z przekroczeniem linii mety, ale do końca trzeba zachować czujność aby nie zatrzymać się przed samym końcem. W moim przypadku niby zakończyłem leczenie, ale cały czas gdzieś w głowie siedzi myśl o chorobie. Trafnie sformułował to Zbigniew Wojtasiński w swojej książce „Życie z rakiem” – „Mimo najlepszego leczenia zdarza się, że zostanie jedna zabłąkana komórka, która dostanie się do krwi i zaczyna krążyć w organizmie, wyczekując na moment słabości, na spadek odporności, wtedy atakuje. Rak jest jak Jadowite węże w koszyku, które leżą spokojnie pod przykryciem nie wzbudzając żadnych podejrzeń, ale niespodziewanie mogą wypełznąć i nagle ukąsić śmiertelnym jadem”.
       To co tutaj napisałem może być jedynie drogowskazem, jednym z wielu sposobów jak sobie poradzić z chorobą. Nie ma złotej recepty, gdyż każdy ma inny system reagowania, inny organizm, inną psychikę. Ja tak to odczuwałem i obrałem taką taktykę, ale inni mogą to przejść zupełnie inaczej. Najważniejszą rzeczą w całej tej walce jest głowa. Musisz najpierw wygrać w umyśle zanim zaczniesz walczyć z chorobą. Bardzo trafnie odniósł się do tego nieżyjący już reżyser Krzysztof Krauze w swoim Antyrakowym Dekalogu (bardzo ciekawa publikacja). Napisał w nim, że: „największym wrogiem nie jest rak, ale rozpacz, strach i niepewność. Od tego jak myślisz zależy 75 proc. terapii, a pozostałe 25 proc. to chemia, radioterapia, operacje i inne zabiegi”. Będąc w szpitalu słyszałem pewną lekarską anegdotę, którą przytoczył  również w/w reżyser, że „Jeżeli pacjent uprze się żeby żyć, medycyna jest bezradna”. Ktoś może powiedzieć, że przecież wiele osób walczy, ale nie wszystkim się to udaje. Być może nie wszyscy jeszcze potrafimy zagłębić się w te rejony umysłu, a może ktoś steruje naszym życiem. Nie raz wspominając okres choroby nurtuje mnie jedna rzecz.
Czy niektóre z  tych sytuacji były szczęściem, zbiegiem okoliczności czy ktoś maczał w tym wszystkim palce? Jak dla mnie coś sporo było w tym wszystkim dziwnych i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Począwszy od tego, że dopiero przed samą chorobą udało mi się pokonać maraton, który być może przygotował mnie do walki? Moja lekarz rodzinna była na urlopie, a lekarz który mnie przyjął był onkologiem. Zamiast na oddział hematologii trafiłem przez przypadek na oddział nowotworów układu chłonnego, gdzie trafiłem na wspaniałą lekarz, którą można określić słowami Mikołaja Gogola, że: „W rękach dobrego lekarza i woda staje się lekarstwem”. Ponadto jak wcześniej pisałem był to okres sukcesów wielu sportowców. Może i w życiu codziennym ktoś kieruje naszym życiem dając nam wiele wskazówek, jednak nie zawsze potrafimy je odczytać w odpowiedni sposób i wybrać właściwą drogę.
Jak widzicie motywacji potrzebuje każdy z nas. Dużą rolę w tym wszystkim odgrywa nasz charakter. Być twardzielem, nie poddać się na samym starcie to olbrzymie wyzwanie. Dla mnie Robert jest prawdziwym bohaterem. A jeżeli macie ochotę uścisnąć mu rękę i powiedzieć że jest super gość, nie krępujcie się,  to naprawdę bardzo otwarty człowiek. Pozdrawiam panie chorąży i dziękuję za niesamowity przekaz 😉