piątek, 17 lipca 2020

Przez Piekło do Nieba

Start w maratonie chodził mi po głowie od jakiegoś czasu. Robiona liczba kilometrów napawała optymizmem a  akcenty treningowe były też na coraz lepszym poziomie. Duża w tym zasługa przygotowań do Biegu Rzeźnika który jak już wiecie odbył się na tak zwane zaliczenie a mi pozostało coś tam w nogach co trzeba było jak najszybciej wykorzystać. Maraton w Kodniu miał być nie tyle co docelowym startem wiosennym co spełnieniem marzeń. Bo to właśnie na cross maraton do Kodnia wybierałem się od kilku lat i obiecałem sobie ze w końcu się tam pojawię. Terminy marcowe w których zazwyczaj był rozgrywany niestety do tej pory zazwyczaj po prostu mi nie pasowały. Tym razem termin wiosenny z powodów koronawirusowych został zamieniony na 11 lipca. Termin który mi bardzo podpasował i nie pozostało nic innego jak przyłożyć sie do treningów po ukończonym wspomnianym rzeźniku.
 Niestety covid19 po raz kolejny w tym roku pokazał ze nie ma żartów i z powodu dużej liczby zakażeń w rejonie Kodnia bieg został odwołany. Do Kodnia miałem jechać z Tomkiem Hajdukiem któremu wymarzył się start w maratonie i to on stał się siłą napędową planu B czyli znalezienia czegoś w zastępstwie. Jedną z propozycji był maraton z Nieba do Piekła (cóż za nazwa 😜) organizowany od 15 lat w okolicach zalewu Sielpia i miasteczka Końskie. Cross maraton który również miał się odbyć w pierwszym terminie w połowie maja a z powodu obostrzeń został przeniesiony na inny termin. Kilka ustaleń logistycznych bo wyjazd dwustukilometrowy z rana przed biegiem nie wchodził w grę, tym bardziej że start maratonu przewidziano na 9 rano. Postanowiliśmy jechać w piątek wieczorem, złapać gdzieś jakieś spanie w agroturystyce nieopodal i z rana podjechać na start. Tak też zrobiliśmy. Nocleg w agroturystyce Barycz46 był strzałem w 10. Rano śniadanko z moimi bułkami i dżemem Tomkowej roboty i lecim do tego nieba 😜
Około 8 mieliśmy już odebrane numery startowe i byliśmy prawie gotowi do startu. Organizatorzy przewidzieli że ktoś będzie chciał zostawić sobie jakiś prowiant na trasę i ustawili w tym celu stoliki w okolicach nawrotki po każdym okrążeniu. Tam też ustawiliśmy swoje żele i colę aby uzupełniać zapasy straconej energii. Punktualnie o 9 dyrektor zawodów Wojciech Pasek wraz z prowadzącym imprezę dali sygnał do startu. Pierwsze dwa kilometry to takie rozpoznanie sie, co kto jak i może dlaczego 😝 chociaż niekoniecznie😝 bo byłem tu pierwszy raz i nikogo poza Tomkiem który został gdzieś z tyłu, nie znałem. Na prowadzenie wyskoczył pan w moim wieku a może i trochę starszy 😉oraz dobrze zbudowany zawodnik który ładnie trzymał tempo. Jak sie później okazało był to zwycięzca kilku poprzednich edycji. Po dwóch kilometrach zmienił go chłopak około dwudziestu paru lat. Po pierwszym okrążeniu czyli siedmiu kilometrach tych dwóch wyraźnie wysunęło się na prowadzenie a ja jako trzeci. Robiąc nawrotkę zauważyłem ze mam na plecach jeszcze kilku zawodników a zegarek pokazywał tempo około 4.14 - 4.12. Po trzech okrążeniach prowadząca dwójka oddaliła się na tyle że widziałem ich tylko na nawrotkach. Miałem do nich prawie dwie minuty straty ale nie to było ważne. Zaczęłem czuć ze tempo które sobie narzuciłem było za mocne. Nogi robiły się ciężkie a podbieg z Piekła do Nieba robił się za każdym razem cioraz cięższy. 4 okrążenie udało się jeszcze w miarę przebiec i na zegarku miałem już 27 km bo leśne zakręty i gesty las skutecznie zakłucały sygnał GPS który jak wiadomo w polarze m400 i tak nie jest za rewelacyjny. Deszcz który zaczął padać na 3 okrążeniu był coraz mocniejszy. 5 kółko było już walką. Walką o utrzymanie tempa o utrzymanie się na nogach na mokrych korzeniach i trawie oraz o utrzymanie miejsca. Mijanie osób które tego dnia brały udział w biegu wymagało też sporego skupienia i koncentracji. Kiedy wybiegłem na ostatnie szóste okrążenie minął mnie biegacz. Minął mnie na tyle szybko że po kilometrze straciłem go z oczu, już wtedy wiedziałem że straciłem 3 pozycję. Na pocieszenie została mi jeszcze możliwość złamania 3h w tym maratonie. Było to do zrobienia bo na 3 km przed metą miałem 18 minut na ukończenie. Cieszyło mnie to że to już ostatnia pętla, że to już ostatni raz wspinam się do Nieba. Ostatni kilometr i ciach, skurcz. Najpierw delikatne ciągnienie z tyłu prawego uda, później coraz mocniej. Meta była coraz bliżej a udo sztywniało coraz bardziej mimo to dawałem radę jeszcze biec . Jeszcze raz spojrzałem na zegarek 2.55 i już byłem na asfalcie 300 metrów i Meta. Ostatni zakręt i jest. 2.58.48 z takim czasem zatrzymałem zegarek. Prowadzący zapytał mnie czy boli mnie to 4 miejsce. Odparłem że nie, bo ten czas w takich warunkach rekompensuje wszystko. Byłem cały mokry a Tomkowi którego spotkałem na mecie pozostało jeszcze 2 okrążenia.
 Nie pozostało nic innego jak przebrać się osuszyć i ogrzać jedząc kiełbasę przy ognisku.
 Maraton to wielki sprawdzian. Sprawdzian umiejętności, siły głowy, determinacji. Maraton nie wybacza błędów w przygotowaniu. Maraton nazywają królewskim dystansem bo aby pokonać dystans 42 km trzeba mieć naprawdę mocną głowę tym bardziej jak biega się 6 razy w kółko 😉.
To był naprawdę dobry bieg. I mimo że były chwilę słabości udało się wykorzystać całą robotę z minionego półrocza. Czas na roztrenowanie i bierzemy się do roboty dalej bo jak korona pozwoli w tym roku czeka mnie jeszcze jeden półmaraton i jeden maraton.


Cross Maraton przez Piekło do Nieba
Skóra Tomasz
2:58:37
Open 4
M40 - 2

wtorek, 7 lipca 2020

Czerwiec 2020

  • Mija kolejny miesiąc walki z covidovskimi obostrzeniami. I mimo że troszkę zostały poluzowane to cały czas czujemy skutki pandemi. Nikt tak naprawdę nie wie co dalej. Niektórzy rezykują i próbują coś zorganizować przy zachowaniu specjalnych wytycznych inni nawet nie próbują i odwołują imprezy. I tak stało się z maratonem w Kodniu który miał odbyć się w najbliższą sobotę, którego start wymyśliłem sobie po tuż przed Rzeźnikiem. Ale co tu pisać o lipcu skoro post ma dotyczyć podsumowania czerwca.
 391 km udało się przebiec w mijającym miesiącu i trzeba przyznać ze w głównej mierze zasługa w tym właśnie rzeźnickich 80 km no i trzydziestki którą pobiegłem dwa tygodnie po rzeźniku.

 Czerwiec rozpoczął się wirtualnym biegiem dla Marysi Tchórzewskiej.
https://facebook.com/events/s/wirtualny-bieg-charytatywny-dl/381263712791412/?ti=cl
 Tuż przed wyjazdem w Bieszczady udało się ogarnąć mój #Hot16challenge2
https://youtu.be/jEakX1z9XXw
aby 10 czerwca być już w Cisnej.
 O biegu Rzeźnika możecie poczytać tutaj
http://wposzukiwaniumotywacji2016tomekskora.blogspot.com/2020/06/rzeznik-2020.html?m=1
26 czerwca zakończyłem akcję zbierania nakrętek dla Kacperka Boruty:
https://facebook.com/events/s/nakretki-dla-kacpiego-vol2/780169442511254/?ti=cl

a 30 akcję zbierania makulatury dla Oliwierka. Od 1 lipca makulaturę będę oddawał na konto stowarzyszenia MGIEŁKA i każdy kto chce może mnie w tym wesprzeć zawożąc makulaturę na skup w Siedlcach na ulicy Targowej.
Przed nami 2 miesiące wakacji. Chciałbym napisać ze w planach mam pobiegnięcie maratonu ale jak wspomniałem na początku wpisu został on odwołany z powodu dużej ilości zachorowań na Covid19 w okolicach Kodnia. To juz 3 bieg w tym roku w którym miałem wystartować i nie wyszło. Mam nadzieję że robota którą zrobiłem na treningach nie pójdzie na marne i uda się coś pobiec a później spokojnie odpocząć jak na wakacje przystało. 😊

wtorek, 30 czerwca 2020

Rzeźnik 2020

Kiedy prawie rok temu Paweł zaproponował mi aby pobiec z nim w parze Bieg Rzeźnika z okazji jego 40 urodzin nie zastanawiałem się ani chwili z odpowiedzią. Miałem nierozliczone osobiste porachunki z tym 
biegiem i każda okazja do ich rozliczenia 
była a dla mnie do przyjęcia. Mimo ze dzielił
 nas w bieganiu pewien dystans wiedziałem że Paweł zrobi wszystko aby przebiec ten bieg. Losowanie było dla nas szczęśliwe i nie pozostało nic innego jak trenować. Niestety ograniczenia spowodowane epidemią koronawirusa cały czas naganiały wiele pytań, w tym to jedno podstawowe, czy bieg się odbędzie. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i jak to sami określili zorganizowali antywirusową wersję biegu. Bez wspólnych startów, bez limitów z mnóstwem czasu na zaliczenie. Nasze optymistyczne plany przewidywały ukończenie biegu w limicie z poprzednich edycji czyli 16h więc nie spieszyliśmy się ze startem aby dobrze się wyspać postanowiliśmy ruszyc o 5 rano. Te plany zmieniliśmy już po pierwszych 15 km biegu 😊 błoto, las, woda no i góry tyle pamietam z tych pierwszych 15 km.
Kolejne kilometry były suche ale zaczeło się robić gorąco. Około 21 km w miejscowości Maniów mieliśmy umówiony punkt żywieniowy z Tomaszkiem. Żele z kabanosami może nie smakowały rewelacyjnie ale dały dużo energii na kolejne kilometry. Po 30 km coś zaczęło dziać się z Pawłem. Noga z którą miał problem niemal od zawsze nie pozwalała mu biec. Ostatnie 10 km pierwszej pętli to przemyślenia w stylu co dalej a na ostatnim zejściu byliśmy już prawie pewni że na dzisiaj kończymy przygodę z Rzeźnikiem. Dochodziła 13 a upał dawał się we znaki. Po wizycie w miejscu naszego noclegu który był bardzo blisko startu /mety postanowiliśmy że stawimy się na punkcie kontrolnym i odbijemy na pomiarze czasu pierwszej pętli. Mieliśmy 8 godzin rzeźnickiej przygody za sobą. Obiad jedliśmy w ciszy i z planem ruszenia na drugą pętle nazajutrz rano. Nie ma limitu to powalczymy chociaż o medal, stwierdziliśmy zgodnie. Dochodziła 14.30 kiedy Paweł powiedział, ruszaj się Skóra, ruszamy na drugą pętle! Przez chwilę popatrzyłem na niego czy on sobie jaja robi? W górach zastanie nas noc przy nawet bardzo optymistycznej wersji 9 godzin. Nie mamy latarek no i co z twoją nogą? Zapytałem. 
Już nie boli. Musimy to zrobić! W dziesięć minut byliśmy spakowani. Tomek załatwił nam czołówki od Pawła i Agnieszki. Można było ruszać. Ktoś jeszcze zaproponował ketonal Pawłowi, który miał być w razie czego. Punkt 15 wychodziliśmy na drugą pętlę z planami zjawienia się na mecie o północy. Piekna sprawa bo Mirek ze swoją dubeltówką pojawił się akurat na starcie.
Padał deszcz, bo od około 13.30 nad Cisną przechodziła Burza. Współczuliśmy biegaczom zbiegającym z góry bo mimo że mieli już tylko 2 - 3 km do mety to widać było że burza zastała ich w górach co mocno dało im się we znaki. Pierwsze podejście tą samą trasą i płynące błoto z góry nie robiło już na nas takiego wrażenia jak na początku. Szło nam się naprawdę dobrze. Mijaliśmy kolejne osoby a ja miałem po mału dosyć tego tłoku na trasie i marzyłem o tym aby wyjść w końcu na odcinek trasy przewidziany tylko dla biegaczy z Rzeźnika. Na około 60 km odwiedziła nas znowu Niezastąpiona ekipa, Tomek, Paweł i Zbyszek. Przwieźli nam jedzenie i ciepłe ubrania bo dochodziła już 19.30 a przed nami było jeszcze ponad 20 km. Na podejściu minęliśmy jeszcze dwie pary. Kolejna godzina marszu i byliśmy już wysoko w górach.
Tu było mniej błota bo ta trasa byla mniej uczęszczana. Z włączeniem latarek zwlekaliśmy maxymalnie długo. Troszkę dlatego aby przyzwyczaić  oczy do ciemności, troszkę ze strachu że może nam nie wystarczyć baterii. Około godziny 22 po naszej prawej stronie pojawiły się na niebie błyski. No tak jeszcze tego brakowało aby na koniec nas wymyło. Paweł dzielnie walczył mimo to zwalniał. Latarki które mieliśmy nie dawały zbyt wiele światła a szukanie strzałek na drzewach dodatkowo nas zwalniało. Nie było odwrotu. Zbliżał się 70 km i trzeba było po prostu zejść z gór do Cisnej.Co chwilę niebo rozjaśniały błyski jednak nie padało. Jeszcze kilka godzin temu narzekałem na nadmiar ludzi na trasie a teraz tęskniłem po prostu za każdą lampką zobaczoną w ciemności lasu. Nasze plany o powrocie na północ legły w gruzach, coraz bardziej oddalał się też plan B czyli wyrobić się w 20 h. Minęła północ, minęła pierwsza a my dalej zsuwaliśmy się po błotnym szlaku od czasu do czasu zatrzymując sie na chwilę aby przepuścić tych którzy o północy wyruszyli na setkę. Było ich coraz więcej a mroczny las co raz bardziej rozjaśniała una nad orlikiem w Cisnej. Odpocznijmy jeszcze chwilkę zaproponował Paweł. No chodź już kurwa bo ma już dosyć, jest mi zimno jestem głodny i mam dosyć tego jebanego błota odpowiedziałem. No dobra przytaknął zgodnie i ruszył przed siebie jakby trochę szybciej. Przed nami był już tylko strumyk. Strumyk pełny wody do tego stopnia że nawet przejście po słupie który pełnił rolę mostka sprawiało olbrzymią trudność. 
Meta! Wytęskniony medal i piwo.... Brrrr. Tylko nie zimne proszę 😊 


wtorek, 9 czerwca 2020

I co dalej?

Obserwując ostatnie sprawy związane z koronawirusem napewno wielu z nas zadaje sobie pytanie co dalej? Czy pandemia zmieni biegaczy i ich środowisko? Czy uda się ruszyć z organizacją imprez biegowych? czy wróci w końcu normalność czy powrócą duże imprezy biegowe? . Mimo że obostrzenia są po malutku znoszone cieżko tak naprawdę patrzeć z optymizmem w przyszłość chociaż niektórzy mówią że trzeba. Osobiście nie wyobrażam sobie organizacji imprezy biegowej z obowiązującymi w tej chwili zaleceniami. Maski, przyubice, i rękawice gumowe w biurze zawodów?  Płyny do dezynfekcji i urządzenia do mycia rąk na pewno dodatkowo wpływają na koszt organizowanej imprezy. Dodatkowo według mnie nie wygląda to po prostu dobrze.
To prawda na otwartym terenie można na być bez maseczki ale mimo wszystko cały czas w zaleceniach jest zachowanie odstepów. Może nie każdy do tego się stosuje ale zawsze trafi się ktoś komuś nie będzie się coś podobać. Jestem w przeddzień startu w biegu Rzeźnika. Jesteśmy już w Cisnej i byliśmy już na orliku gdzie zawsze było zorganizowane biuro zawodów. Wszystko wygląda jakoś dziwnie. Taśmy, barierki zakazy wstępu. To nie jest to samo i dla każdego dego kto chociaż raz poczuł atmosferę rzeźnickiego festiwalu widok tego jak wygląda to w tym roku może być po prostu przytłaczające 😕 Nie mniej jednak cieszymy się że ktoś odważył sie w końcu zrobić pierwszy krok w stronę normalności. 
 Po malutku pojawiają się pierwsze lokalne imprezy biegowe póki co małe ale takie właśnie lubimy najbardziej. Bo przecież gdzie można najeść się najlepszej grochówki czy pajdy chleba ze smalcem jak nie na lokalnym biegu. Bo gdzie lepiej będzie smakować drożdżówka z jabłkiem czy pączek jak nie w gronie znajomych po przebiegnieciu wspólnej sympatycznej piąteczki? ☺️
Trzymam kciuki za kolejne małe biegi i sam po malutku zaczynam planować. Chociaż troszkę się boję bo czasy są strasznie niepewne i tak naprawdę nikt nie wie czy za tydzień lub dwa nie wróci obowiązek zakładania maseczek w przestrzeni otwartej, czy rządzący przypadkiem nie uznają że liczba zachorowań wzrasta i trzeba wrócić do zakazu zgromadzeń publicznych. 

wtorek, 2 czerwca 2020

Maj 2020

  Maj rozpoczęłem od udziału w 3 dniowej rywalizacji biegowej - Wirtualnego Biegu po kolorową czapeczkę. W ciągu tych trzech dni udało się nabiegać 56.5 km co dało pewną wygraną w tej rywalizacji. Niestety tym razem były nagradzane osoby z 4 i 13 miejsca ale trzeba przyznać że ta rywalizacja pomogła dobrze rozpocząć kilometrowo miesiąc.
A kilometry były potrzebne bo jak się okazało jednak odbędzie się wirusoodporna wersja Biegu Rzeźnika na ktorego starcie mam tym razem stanąć z wieloletnim przyjacielem Pawłem Czarnockim. Co wyjdzie z tego startu zobaczymy bo po ostatnich doświadczeniach z tym biegiem mam kaca moralnego do dzisiaj 😕.
  5 maja przyjąłem wyzwanie 25 pompek przez 25 dni aby przybliżyć problem depresji i stresu pourazowego.
  8 maja otrzymałem informację że ruszyła sprawa makulatury i w ciągu tego miesiąca udało się wywieźć prawie 3 Tony tego surowca. Całość pieniążków oczywiście trafia bezpośrednio do mamy Oliwierka Staręgi któremu od jakiegoś czasu staram się pomóc co nieco.
 20 maja razem z grupą Biegaczy Skórzec Biega ruszyliśmy z organizacją wirtualnego biegu dla Marysi Tchórzewskiej. Bieg potrwa jeszcze do 7 czerwca a szczegóły oczywiście znajdziecie na fejsbukowej stronie wydarzenia....https://facebook.com/events/s/wirtualny-bieg-charytatywny-dl/381263712791412/?ti=cl
 Ciężko jest kręcić konkretne kilometry i pracować fizycznie. Budowa płotu którą rozpoczęłem zaraz po świętach Wielkanocnych pochłania cały moj wolny czas a czesto bywa tak że kończę jedną pracę jem i idę do drugiej. Mimo wszystko postęp prac cieszy a i efekt końcowy mam nadzieję da satysfakcję.
Jeszcze w połowie maja obiecałem sobie że od tego miesiąca w podsumowaniach będę pisał o największej porażce jaka mnie spotkała w mijającym miesiącu. I tak wiem że nie wiele osób czyta te podsumowania także mam nadzieję że tekst trafi do tych bardziej życzliwych mojej osobie ☺️ a jak trafi do tych którzy cieszą się jak mi się noga powinie to i oni z takich podsumowań będą mieli trochę radości 😜
  Największą porażką maja była dla mnie akcja Siedleckiego Hospicjum z okazji dnia mamy. Tradycyjnie już chciałem pomóc Marlenie prezenty z których dochód zawsze jest przeznaczony dla podopiecznych Hospicjum. I mimo wielu ogłoszeń z tym zwiazanym udało nam się z Aldonką sprzedać tylko 15 prezentów 😕 Moje oczekiwania co do tej akcji były sporo większe i szczerze myślałem o większym zainteresowaniu, niestety tymnrazem po prostu nie wyszło.
 414 km udało się nabiegać w maju i tezeba przyznać ze kilka treningów dało radość z aktualnie posiadanej formy.
Miejmy nadzieję że w końcu będzie mozna gdzieś wystartować, oczywiście poza Rzeźnikiem.
 Co do planów na czerwiec oprócz wspomianego wyjazdu na bieg Rzeźnika?
Sporo kiełkuje w mojej głowie i mam cichą nadzieję ze po złagodzeniu koronawirusowych obostrzeń w koncu uda się coś podziałać.

niedziela, 3 maja 2020

KWIECIEŃ 2020

Akcją TULIPANY DLA SIEDLECKIEGO HOSPICJUM rozpoczęłem kwiecień. Akcja która wzięła się z nikąd, tak po prostu bo żona chciała kupić tulipany od lokalnych producentów tych kwiatów a ja jak to ja postanowiłem zrobić z tego coś większego. A że Marlena z Hospicjum wymyśliła ze będzie rozwozic tulipany po Siedlcach aby wesprzeć działania Hospicjum to i ja postanowiłem ruszyć wctym temacie i zajęłem się okolicami Skorca. W ciągu kilku dni zostalem chyba najwiekszym dystrybutorem tulipanów w okolicya telefony typu : czy dodzwoniłem się do hurtowni tulipanów? były na porządku dziennym jeszcze kilka dni po akcji.
424 bukiety sprzedane w Skórcu i ponad 500 w Siedlcach, które osobiście rozwieźli pracownicy Hospicjum to coś czego raczej nikt się nie spodziewał a tym bardziej w tym trudnym czasie. Przedświąteczne drewniane zające wykonane własnoręcznie z krążków drewna też rozeszły sie jak świeże bułeczki i jeszcze w wielką sobotę dorabiałem dwa aby zaspokoić prośby znajomych.. Ciut przed świętami dowiedziałem się ze muszę wykorzystać cześć zaległego urlopu. A ze było kilka zaległych spraw postanowiłem ten właśnie czas poświęcić na to co czekało na realizację kilka lat. Budowa płotu z kamienia którą planowałem od dawna doczekała się spełnienia.


Po prawie 3 tygodniach ciężkiej pracy jestam na etapie, tak myślę 1/3 tego przedsięwzięcia. Nie mogło zabraknąć też biegania a i na ćwiczenia znalazł sie czas. Treningi prowadzone na żywo w relacjach na #wposzukiwaniumotywacji dawały mi dużo radości i motywacji. Udało się też rozpocząć akcję nakrętkową NAKRĘTKI DLA KACPIEGO VOL2. Akcja ta będzie trwała do końca czerwca.
W minionym miesiącu udało się przebiec 306 km i oprócz zwykłych kilometrów udało się zrobić kilka wartościowych treningów BC2 w terenie na średnim tempie 3.57 min /km, 2 x5 km po 4.02 no i ten chyba najważniejszy sprawdzian w półmaratonie który udało się pobiec w 1.24.00.
To wszystko daje olbrzymią radochę i poczucie dobrze wykonanej roboty. Cały czas czekam na złagodzenie restrykcji dotyczących koronawirusa. Mam nadzieję że coś po malutku zacznie się dziać i tą dobrą myślą zakończę to podsumowanie, przesyłając wam najserdeczniejsze pozdrowienia.

środa, 1 kwietnia 2020

Marzec 2020

Doczekaliśmy czasów kiedy to trzeba będzie ukrywać się z bieganiem a sam biegacz spotykany na ulicy może być traktowany jako wróg publiczny nr1. Przykre to ale niestety prawdziwe. Kolejne obostrzenia narzucane nam przez rządzących nakazują nam siedzenie w domach i unikanie zbiorowisk ludzkich. Wszystko przez Koronawirus który grasuje i ma się dobrze. Słabo to wygląda ale musimy to przetrwać tak po prostu. Biorąc się za podsumowanie marca napisałem troszkę o swoich planach, które trzeba było zmienić no ale cóż nie takie ludzie mają problemy i żyją. Wszystko co dzieje się do okoła niestety nie napawa optymizmem, jednak postaram się w najbliższych paru słowach napisać coś pozytywnego.
Marzec rozpoczęłem akcją zbierania nakrętek dla Kacperka Boruty. To w jakim tempie napływały nakrętki było dla mnie szokiem. Nie spodziewałem się czegoś takiego i juz 14 marca musiałem organizować pierwszy kurs na skup. 2040 kg zebrane w dwa tygodnie naprawdę niezły wynik i powiem szczerze że myślałem ze to wszystko się troszkę uspokoi. Kolejne nakrętki zaczęły napływać bez żadnych ograniczeń i nikt nie patrzył na zakazy. Kiedy mówiłem że ograniczam odbiory ludzie zaczęli po prostu przywozic mi nakrętki do domu a to że na akcję docierały nakrętki z takich miejsc jak Pratulin, Kosów Lacki, Łosice, Ząbki czy Kobyłka było dla mnie olbrzymią motywacją. 28 kwietnia razem z Pawłem zrobiliśmy drugi kurs na skup. Tym razem nakrętk było dużo wiecej. 2810 kg za kwotę 3400 zł. Razem przez marzec udało się sprzedać 4850 kg nakrętek za które uzyskaliśmy 5.900 zł.
Co do aktywności to po odwołaniu Półmaratonu w Gdyni i kilkuiinnych biegów trener postanowił dał mi troszkę odpocząć. Dzięki sprzyjającej pogodzie udało się nawet 3 razy wsiąść na rowerek i troszkę pokrecić. Nie sposób też nie wspomnieć o biegowych wycieczkach wzdłuż rzek. Pierwsza to Świdnica którą biegamy co roku na wiosnę od 3 lat a druga to spontaniczny pomysł wyprawy wzdłuż rzeki Kostrzyń, na którą wybrałem się z Leszkiem. Bieganie w takim terenie to coś zupełnie innego. Obcowanie z przyrodą która rządzi sie swoimi prawami daje możliwość nie tylko zauroczenia ale i olbrzymiego odpoczynku od codzienności.
336 km udało się przebiec w marcu no i 80 km nawspomnianym rowerku.Do końca marca udało się też zamknąć pierwszego tysiaka na nogach w tym roku 😍
Planów NIE MA i póki co ciężko co kolwiek planować więc skupiamy sie na tu i teraz i siedzimy w domach na tak zwanej kwarantanie.
P. S. Jeżeli ktoś czytał podsumowanie lutego i zastanawia się dlaczego urwało się na słowie,, w planach'' tłumaczę : nie wiem 😉 widocznie tak miało być.